Σελίδες

Εμφάνιση αναρτήσεων με ετικέτα τρόποι μάθησης / metody nauki. Εμφάνιση όλων των αναρτήσεων
Εμφάνιση αναρτήσεων με ετικέτα τρόποι μάθησης / metody nauki. Εμφάνιση όλων των αναρτήσεων

Παρασκευή 26 Μαΐου 2017

Μαθαίνω / Uczę się

Poddałam edycji wszystkie posty na blogu, aby były widoczne na zmienionym szablonie. Przy okazji poprawiłam zauważone błędy, literówki, uporządkowałam etykiety itd. Reszta należy do Was. Jeśli coś jest nie tak, zauważycie jakiś błąd - dajcie znać, poprawię.
Następnie wszystkie "greckie" informacje z bloga przepisałam do zeszytu. To mi uświadomiło, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem - chociaż teoretycznie powinnam, skoro o nich pisałam.
W międzyczasie dużo słucham (w trzech językach, na zmianę), trochę czytam (również w trzech), więc materiał na kolejne posty powoli "się tworzy" a i do głowy jakaś nowa wiedza wpada.
Prawie nie piszę i mówię niewiele. Wprawdzie znów mam w pracy kolegę  - Greka, ale widujemy się jakieś pięć minut w ciągu dnia i to mijając się w korytarzu, więc ciężko o pogawędkę. Za to καλημέρα, τι κάνεις;  mam opanowane do perfekcji;-)
Moja główna działalność w tej chwili to powtórki. Tak się składa, że trafiło na zeszyt do angielskiego (ale na grecki też przyjdzie czas). Sprawdzam co umiem i okazuje się, że niewiele. Robię błędy w zapisie podstawowych - jak by się mogło wydawać - słów, nagminnie pomijam przedimki. To żmudna, mrówcza praca, ale dochodzę dzięki niej do ciekawych wniosków. Mam wrażenie, że właśnie to nudne "dziobanie" przyniesie najlepszy efekt. Czasem otwieram usta ze zdziwienia, że w tak prostym zdaniu robię błąd. Ale zwrócenie (w końcu) na to uwagi pozwoli mi (mam nadzieję) unikać tych błędów w przyszłości.
I wychodzi na to, że najlepsze są stare, sprawdzone metody. A przynajmniej ja pozostanę im wierna. Wierzę w otaczanie się językiem. Wierzę w sięganie po wiedzę z różnych źródeł. Sama to robię. Tu podcast, tam książka. Zresztą w praktyce wychodzi tak, że to słuchaniu mogę poświęcić najwięcej czasu. Ale żyjemy w czasach kiedy otacza nas nadmiar bodźców. I trzeba pomóc temu biednemu mózgowi jakoś to wszystko usystematyzować, poukładać. Kiedy siedzę nad tym zeszytem, mogę się zatrzymać. Przyjrzeć słowu, zdaniu, czy konstrukcji. Wyłapać to, co umyka w codziennych rozmowach, w natłoku słów. Zwolnić trochę, zatrzymać ten szalony pęd. 

Roboty mam na lata, bo przecież każda książka, czy audycja to kolejne notatki, więc moje zeszyty mnożą się jak króliki:) No, ale jeśli te lata mogę spędzić na czymś co lubię i co doprowadza mnie do celu, to jestem na tak! Wiadomo, że chciałoby się ten cel osiągnąć już, zaraz, natychmiast, ale przecież tak naprawdę nigdzie mi się nie spieszy:)





Κυριακή 9 Μαρτίου 2014

Τετράδιο για τις γλώσσες / Zeszyt do języków

Skończyło mi się wolne miejsce w moim zeszycie do greckiego. Trzeba było założyć nowy i w nim zapisywać zarówno nowe słówka, jak i te, które sprawiały problem w procesie powtarzania.
Żaden problem, tyle że kilka dni później to samo stało się z zeszytem do angielskiego. To daje nam już cztery zeszyty, po dwa stare i dwa nowe. A przecież jeszcze zaczęłam zabawę* z rosyjskim. Przydałby się więc jeszcze zeszyt do rosyjskiego, więc mamy już pięć. Oj, za dużo tego!
Już dawno zauważyłam, że im więcej przygotowań muszę poczynić zanim zasiądę do nauki, tym większe prawdopodobieństwo, że sobie odpuszczę, bo nie będzie mi się chciało wyciągać notatników, przyborów do pisania, słowników itp.

Dlatego wyciągnęłam stary, niezapisany kalendarz (dużo miejsca do pisania) i zrobiłam z niego "zeszyt do języków". Nie, nie dzielę go na trzy części, bo przecież trudno przewidzieć ile miejsca będę potrzebowała. Zapisuję po kolei, "jak leci". Obowiązuje tylko zasada, aby na każdej kartce znajdował się tylko jeden język, bym potem nie pogmatwała się podczas powtórek. Tym sposobem aktualnie mam trzy zeszyty językowe zamiast pięciu. Czas pokaże jak mi się to sprawdzi w praktyce.



A jak to wygląda u Was? Oddzielacie od siebie języki, czy może trzymacie wszystko razem?

* zabawę - ponieważ nie traktuję tego rosyjskiego zbyt poważnie. Priorytetami pozostają grecki i angielski. Rosyjski to fanaberia i odskocznia tylko.

Κυριακή 16 Φεβρουαρίου 2014

Επαναλαμβάνω / Powtarzam

Jakiś czas temu pokazywałam Wam mój zeszyt do greckiego. Miejsce, w którym zapisuję wszystko, z czym spotykam się podczas nauki: słówka, frazy, całe zdania. To bardzo przydatne narzędzie, które pozwala gromadzić całą "wiedzę" w jednym miejscu. Często zdarza się tak, że łatwiej mi sprawdzić coś w moim zeszycie niż ponownie przekopywać się przez słowniki.

Niestety nie funkcjonuje to w ten sposób, że co w zeszycie to i w głowie. Aby wiedzę z papieru przenieść na stałe do głowy potrzebne są powtórki. Dlatego jak najczęściej staram się przeglądać mój zeszyt i sprawdzać co zapamiętałam. Pomaga mi w tym sposób, w jaki prowadzę swoje zapiski: jedna strona język grecki, druga - tłumaczenie.
Otwieram zeszyt, zasłaniam połowę tekstu, czytam słówko/zdanie i próbuję podać tłumaczenie. Jeśli jest poprawne, to jedziemy dalej. Jeśli nie pamiętam lub się pomylę, zakreślamy delikwenta na żółto i przechodzimy do następnego pytania. Po dojściu do końca strony, wszystkie zaznaczone na żółto fragmenty przepisuję na koniec zeszytu - w swoim czasie "odpytam się" z nich ponownie.
Ilość stron jakie "przerabiam" za jednym posiedzeniem, zależy od tego ile mam czasu, w jakim jestem stanie psychofizycznym itd. Ważne tylko by nie zostawiać strony w połowie, bo się pogubię.

To chyba najprostszy z możliwych sposobów zorganizowania sobie powtórek. Wiem, że można szybciej, częściej, np. za pomocą specjalnych programów do nauki słówek typu ANKI. Mało tego, dzięki synchronizacji ze smartfonem, można trzaskać powtórki gdziekolwiek, np. w autobusie wiozącym nas do pracy. Ja jednak uparcie staram się uczyć jak najbardziej analogowo. Wierzę, że konieczność wielokrotnego przepisywania ręcznie szczególnie upartych zwrotów, których nie umiem zapamiętać, w końcu spowoduje, że wryją mi się one w mózg.

A w jaki sposób Wy robicie swoje powtórki?

Κυριακή 26 Ιανουαρίου 2014

Γράφω / Piszę

Moim prywatnym narzędziem do ćwiczenia umiejętności pisania po grecku uczyniłam swój kalendarz. Specjalnie wybrałam taki, który ma dużo miejsca na notaτki i codziennie staram się zamieścić kilka zdań na temat bieżącego dnia. Co się przydarzyło, co mi przyszło do głowy - ot, swego rodzaju pamiętnik.
Dążę również do tego, by eliminować z kalendarza język polski. Ważne daty, terminy, rzeczy do zrobienia, pomysły na życie, wszystko ma być zapisane po grecku. To w teorii, bo zwykle notuję na szybko i jeśli nie wiem jak coś zapisać po grecku, to po prostu robię to po polsku. Niby obiecuję sobie, że dowiem się jak powinna wyglądać grecka wersja językowa danego zapisu, ale... zawsze jakoś "brakuje czasu"...

Ta pisanina bezlitośnie obnaża moje braki. Ubogie słownictwo, które nie pozwala wyrazić dokładnie tego co czuję i chcę przekazać, luki w wiedzy gramatycznej, o ortografii już nie wspomnę.

Rok dopiero się rozpoczął, kalendarz jeszcze świeci pustkami. Z każdym dniem jednak notatek przybywa. Myślę, że z upływem czasu będę miała czarno na białym moje postępy (lub ich brak). Mój cel na najbliższe tygodnie: Hasła, które najczęściej przewijają się przez mój kalendarz po polsku zastąpić greckimi odpowiednikami. 
Za jakiś czas wrócę do tego tematu i dam znać jak się moja metoda sprawdza:)

Celowo nie poruszam w tym poście tematu możliwości szlifowania umiejętności pisania w obcym języku na różnych platformach internetowych. Zdaję sobie sprawę, że korzystanie z takich platform może być bardziej efektywne, chociażby ze względu na możliwość otrzymania informacji zwrotnej o naszych błędach, jednak na ten temat można poczytać niemal na każdym blogu językowym, więc ja się powtarzać nie będę. Ja staram się z różnych względów uczyć jak najbardziej offline, ze wszystkimi tego konsekwencjami:)

A Wy? Jak ćwiczycie swoje pisanie? Zapraszam do rozmowy w komentarzach.

Τρίτη 5 Μαρτίου 2013

Nauczyć się "źle" języka

Jakiś czas temu, w jednym z komentarzy, zwróciłam Czytelnikowi uwagę, że pewien podręcznik do nauki greckiego zawiera błędy. Niestety nie mam tego podręcznika ze sobą, został w domu rodzinnym i nie mogłam wskazać konkretnych nieścisłości.
Jednocześnie, jak wiecie, porządkuję swoje greckie notatki i również napotykam na wiele wątpliwości odnośnie np. poprawności zapisu, czy treści.
Nawet mój słownik zawiera błędy, czy to ortograficzne, co wydawałoby się niedopuszczalne, czy czasem nie jestem pewna wartości merytorycznej np. jeśli chodzi o wyrażenia idiomatyczne.

No właśnie, jak sobie z tym radzić? Przecież nie zawsze mamy kogoś, kto rozwieje nasze wątpliwości, a czasem możemy nawet nie przypuszczać, że informacje gdzieś podane, nawet w - zdawałoby się - wiarygodnych źródłach, są błędne. 
Ten temat nurtuje mnie od jakiegoś czasu, a oto wnioski jakie mi się w związku z nim nasuwają. 

Wydaje mi się, że - jak w każdej dziedzinie - należy po prostu wypośrodkować. O ile bardzo istotne jest poważne podejście do nauki, działanie mozolne, powolne i systematyczne a pośpiech nie jest wskazany, o tyle - tak myślę, czasem nie ma sensu tracić wielu dni na poszukiwanie odpowiedzi o poprawny zapis, czy tłumaczenie jakiegoś słówka. Nie zrozumcie mnie źle. Chodzi mi o to, że słówek, które mamy do poznania są setki tysięcy i sprawdzanie każdego z nich w kilku źródłach jest po prostu niemożliwe (bo potem jeszcze powstaje pytanie o to, w którym źródle jest poprawnie). Poza tym nauka języka to proces nieskończony, więc pewne rzeczy wyjdą w praniu, a mylić się jest w końcu rzeczą ludzką.
Uważam po prostu, że nauka języka, szczególnie samodzielna, powinna być przyjemnością. Taką przyjemnością są poszukiwania informacji, rozwiewanie wątpliwości, ale z drugiej strony, jeśli co chwilę będę się odrywać od podręcznika by wszystko sprawdzać, to ta przyjemność zostanie brutalnie zamordowana.

A co, jeśli nauczę się źle?
Cóż, świat się chyba nie zawali! Do czwartego roku życia byłam przekonana, że u mnie w łazience stoi "ubikłacja" i że na drugie imię dano mi "Adnieszka" W końcu ktoś kiedyś wyprowadził mnie z błędu, więc śmiem przypuszczać, że zagłębianie się w tajniki języka greckiego również z wielu błędów mnie wyprowadzi.Sięganie po coraz to nowe materiały i używanie języka pewne sprawy zweryfikuje. I choć nie chciałabym być uważana z ograniczoną osobę, to posługując się kolejnym przykładem, wielu ludzi do schyłku swego żywota mówi "karnister" i wcale to nie wpływa na jakość ich życia ani możliwość porozumiewania się.

Na tym blogu pewnie również roi się od błędów i to jak przypuszczam w obu językach, chociaż bardzo staram się ich nie robić. Ale - jak wielokrotnie podkreślam - nie jestem filologiem, ani nauczycielem, a blog to nie publikacja naukowa (chociaż i w takich błędów nie brakuje).

Znowu podsumuję. Dążmy do doskonałości, ale pozwólmy też sobie na niedoskonałość, bo wszystko jest dla ludzi!

Τρίτη 26 Φεβρουαρίου 2013

O mówieniu

Natrafiłam jakiś czas temu na artykuł o tym, jak ćwiczyć mówienie w obcym języku, nie mając "pod ręką" native speakera. (Przy okazji pochwalę się - artykuł był po angielsku i zrozumiałam!)

Internet oferuje nam całą masę portali do językowych wymian, gdzie można umawiać się z ludźmi na konwersacje za pośrednictwem np. Skype. Poza tym ludzi można poznawać w całej sieci, na różnych forach tematycznych itp. i analogicznie znajomość przenieść na komunikator głosowy...
Taaak, Ameryki nie odkryłam i każdy uczący się jakiegokolwiek języka spotkał się z tą poradą setki razy.

Pomysł sam w sobie jest dobry, ale nie dla mnie, dla której umówienie się z kimś na konkretną godzinę w celu porozmawiania jest dość problematyczne. Zamiast jednak przejmować się tym, czego nie możemy zrobić, zróbmy to co jest możliwe!

  1. Mów! Po prostu! Jak nie masz z kim porozmawiać, to mów do siebie (chociaż może lepiej to robić, kiedy nikt nie słyszy), na głos. "Idę sobie zrobić herbaty, bo zmarzłam, ale najpierw muszę umyć kubek". Przy okazji odpada problem nieznajomości jakiegoś słówka, bo możesz po prostu wstawić polskie i nikt nie będzie miał problemów ze zrozumieniem. Możesz też pogadać ze swoim psem/kotem, złotą rybką. Opowiedz sobie bajkę, albo opisz (na głos) widok za oknem.
  2. Obejrzyj filmik na Youtube i powiedz jego autorowi co o nim myślisz. Zarówno o filmiku jak i autorze. Nieważne, że on się nigdy nie dowie o Twojej opinii.
  3. Powtarzaj na głos lekcje, których słuchasz i śpiewaj piosenki (nawet jeśli okropnie fałszujesz!), Pauzuj oglądany serial i powtarzaj dialogi.
  4. Czytaj na głos.
  5. Co tylko przyjdzie Ci jeszcze do głowy, ale.... MÓW!!!

To oczywiście nie są metody idealne, bo przede wszystkim brakuje nam informacji zwrotnej. Nie mamy pewności, że mówimy poprawnie, nikt nie poprawi naszych błędów ani nie podpowie słówka, które właśnie nam umknęło. (Chociaż, w codziennym życiu z reguły rozmówcy wystarcza, że nas rozumie i wcale mu się nie chce nas poprawiać - wyjątkiem są tu konwersacje nastawione ściśle na naukę języka) Ale można z nich wyciągnąć wiele korzyści:
Po pierwsze możemy wzbogacić słownictwo, bo dowiadujemy się, czego nie wiemy: "Idę sobie zrobić herbaty, bo .... jak jest po grecku marznąć?" Wiele razy nie będzie Ci się chciało tego sprawdzać, ale czasem nieznajomość niektórych słówek tak dokucza, że nawet najbardziej leniwy człowiek sięgnie po słownik by się tego dowiedzieć"
Po drugie, nawet jeśli podczas słuchania wydaje nam się, że wypowiedzenie tego co słyszeliśmy jest oczywiste, to w praktyce okazuje się, że to są zupełnie różne sprawy. Dobrze jest szykować swój aparat wymowy na stosowanie obcego języka. Nawet, kiedy doskonale wiesz, co chcesz powiedzieć, jakich słów użyć, Twój język może zwyczajnie Cię nie słuchać!
Z ostatnich osobistych doświadczeń: Pracuję w międzynarodowym środowisku, ale też z Polakami. Po kilku godzinach spędzonych na gadaniu po polsku, trudność mi czasem sprawia, np. zapytanie w pracowniczej kantynie o to, czy krzesło jest wolne. Wiem, co mam powiedzieć, ale usta i język nie nadążają i zamiast prostego angielskiego pytania, wydobywam z siebie jakiś bełkot. Albo w ostatnią polską rozmowę wtrącił się obcokrajowiec z pytaniem po angielsku. "Tak, pewnie" - chciałam mu odpowiedzieć i zamiast "Yes, sure", z moich ust wydobyło się "Yes, sir" (mina pytającego - bezcenna, hihi) Na szczęście dla mnie zdarzają się też dni, kiedy cały czas nadaje się po angielsku

Podsumowując - warto od samego początku przyzwyczajać zarówno umysł jak i ciało do wymawiania obcych dźwięków. Wtedy, kiedy już nadarzy nam się okazja użyć języka, którego się uczymy, nie będzie to takim szokiem dla organizmu.

Τρίτη 19 Φεβρουαρίου 2013

Po co w ogóle planować naukę?

Na pytanie w tytule posta chyba jest tyle odpowiedzi ile osób jej udzielających. Ja mogę przedstawić tylko swój punkt widzenia.
Zacznę przewrotnie: Do czego nie służy plan nauki?

  • Do wściekłego pędu, byle tylko "odhaczyć" kolejny punkt
  • Do załamywania się: "O rany, już północ, zaraz muszę wstać, a przecież miałam jeszcze przetłumaczyć piosenkę, bo tak stoi w planie.
  • Do rzucenia nauki w kąt bo "nie potrafię trzymać się planu, więc nic z tego nie będzie".
A teraz do rzeczy, czyli po co MI plan nauki?
Ano zarówno plan nauki, jak i plany na wszystko inne służą mi do tego, by po prostu nie zwariować. By nie budzić się co kilka tygodni z myślą: "A przecież miałam zrobić/osiągnąć...." By nie utonąć w moim codziennym chaosie.

Jak to wygląda?
Uczę się dwóch języków (i mam apetyt na kolejne). Z każdego języka powinnam poznawać słówka, gramatykę, słuchać, mówić, czytać i pisać. Do tego praca, dom i inne mniej lub bardziej ważne zajęcia i sprawy, które chciałabym jak najlepiej ogarniać.
W dni kiedy pracuję nie ma mnie w domu po czternaście godzin. Wtedy mogę jedynie posłuchać 
audiobooka, czy poczytać książkę w telefonie, chociaż czasem jestem tak zmęczona, że po prostu mi się nie chce. Takie dni są w ogóle wykreślone z kalendarza. Co ważne, nie jestem w stanie z góry określić ile tych dni w tygodniu czy miesiącu będzie i które to będą dni. Często dowiaduję się na dzień przed, że nazajutrz mam jechać do pracy, albo odwrotnie, że mimo iż praca była w planach, jednak będę miała dzień wolny.
Pozostałe dni są umownie podzielone na dni greckie i angielskie.
Mój miesięczny plan określa:

  • Ile materiału z komputerowego kursu do angielskiego powinnam przerobić
  • Jaką część moich greckich notatek powinnam uporządkować
  • Jakiego audiobooka przesłuchać (aktualnie na tapecie jest angielski)
  • Jaką książkę przeczytać (aktualnie mam napoczętą angielską)
  • Jakiego ebooka przeczytać (aktualnie po polsku, kategoria "ebook" mieści się w sferze językowej, ponieważ będą tam trafiały książki w różnych językach, na zasadzie - co się trafi)
  • Ile postów powinno się pojawić na drugim blogu
  • Ile postów i o jakiej tematyce powinno pojawić się tutaj
  • Ile odcinków serialów (eng. i gr.) powinnam obejrzeć.
Te wszystkie wiadomości są wypisane w punktach w kalendarzu. Pełnią rolę przypominającą i motywującą. Jak pisałam wyżej, wprowadziłam umowny podział na dni greckie i angielskie. Umowny, bo tak naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, by po zrealizowaniu fragmentu angielskiego kursu obejrzeć sobie grecki serial, albo w drodze do pracy słuchać angielskiego audiobooka, a w drodze powrotnej czytać książkę po grecku. Moje zapiski mają mi tylko uświadamiać co jest do zrobienia, a także co idzie nie tak...

Po przeanalizowaniu w ten sposób zaplanowanego stycznia mogę stwierdzić:

  • kursu angielskiego zamiast jednego działu przerobiłam całą płytę.
  • notatek z greckiego uporządkowałam więcej niż było w planie
  • na drugim blogu każdego dnia stycznia pojawiła się notka (zgodnie z planem)
  • na tym blogu posty również pojawiają się regularnie
  • udało mi się dokończyć audiobooka po angielsku, przesłuchać kolejnego po polsku i zacząć nowego (znów po angielsku)
Porażką natomiast okazało się czytanie książki po angielsku (strasznie ciężko idzie i chyba się ostatnio trochę zniechęciłam. Dziś oddałam ją do biblioteki, spróbujemy poczytać ją na telefonie) oraz oglądanie greckich i angielskich seriali (nie potrafię w żaden sposób tego punktu wcisnąć w mój dzień.)

Luty - wszystko na to wskazuje, nie będzie wyglądał tak dobrze. Troszkę mi się sypie mobilizacja, ciągle dopadają mnie przeziębienia i... Niewiele robię, a czas leci. Ale dzięki temu, że mam swój plan, wiem, w którym jestem miejscu i nie będę tracić czasu na zastanawianie się "co właściwie powinnam robić", kiedy siły wrócą.

Mały trick: Plany (nie tylko językowe) na dni angielskie pisane są kolorem czerwonym, na dni greckie zielonym. Dodatkowo na górze kartki przeznaczonej na dzień grecki piszę sobie (na zielono oczywiście) nazwę dnia tygodnia po grecku. Zadania do wykonania próbuję zapisać w "języku dnia", a jeśli nie wiem, jak to zrobić, to w tym drugim. W ogóle staram się z moich zapisków eliminować język polski. Jeśli chcecie spróbować tak się pobawić, to polecam! Fajna sprawa:)

Δευτέρα 21 Ιανουαρίου 2013

Książki

Miałam taki pomysł, by do angielskiego audiobooka, którego aktualnie słucham, zdobyć wersję drukowaną po polsku i angielsku. Słuchać patrząc na tekst i próbować powtarzać, co usłyszę, a poza tym poślęczeć nad tekstem i poprzepisywać: Zdanie angielskie -  zdanie polskie. Nawet zabrałam się za realizację tego pomysłu, ale... Nie wyszło. 
Mam na tyle pojęcia o języku, by wiedzieć, że zdanie nr 1 (ang) wcale nie równa się dokładnie zdaniu nr 1 (pol) i nie liczyłam na to. Jednak w praktyce okazało się, że przekład na tyle różni się od oryginału, że aby dostosować go do moich potrzeb, musiałabym zrobić nowe tłumaczenie niemal samodzielnie. Odpada. Po pierwsze nie ten poziom, po drugie to zbyt czasochłonne. Już i tak nawet w wersji, którą chciałam zrealizować, porwanie się na 600 stronicową powieść było karkołomnym przedsięwzięciem. Chcę sobie ułatwiać życie - nie utrudniać. Pomysł może sam w sobie nie był zły. Jeśli ktoś ma cierpliwość średniowiecznego skryby, niech próbuje. 
Ja na tę chwilę podejdę do tematu inaczej. Skoro mam wszystkie trzy wersje tej samej książki, to zrobimy tak. Książka angielska do poduszki. Do środka powkładałam parę kartek, by wynotować słówka, których nieznajomość mnie drażni przy czytaniu lub intryguje (bo domyślam się znaczenia, ale chcę wiedzieć na pewno). Wersja polska w telefonie (do autobusu) rozjaśni mi kwestie, których nie zrozumiałam czytając i słuchając oryginału. Audiobook na spacery i zakupy - wszak osłuchiwać się trzeba. a na przyszłość nie będę się bawić w przerabianie jednej książki wieloma kanałami. W końcu tyle literatury jeszcze przede mną do poznania!. W jakim języku i formacie (audio, tekst) dorwę, w takim się zapoznam. Ile z tego wyniosę, tyle mojego. Wierzę, że z każdym kolejnym tomem będzie łatwiej. Najwyżej z czasem zweryfikuję pogląd i metodę:) Dziś wyszedł mi post "angielski", ale greckich ebooków też trochę zgromadziłam więc i nimi w niedalekiej (?) przyszłości się zajmę.

Δευτέρα 14 Ιανουαρίου 2013

Co z tym pisaniem?

Tiaa. W teorii było prosto: "Chcesz się nauczyć pisać, to pisz!". W praktyce wyszło... Różnie. Bo co z tego, że mimo trudności coś tam sobie gryzmolę, skoro nie mam tego jak zweryfikować?
Owszem, istnieją portale służące właśnie do tego by ćwiczyć pisownię z nativami danego języka, ale trochę się wzbraniam przed zalogowaniem się. Boję się, że znowu wpadnę w pułapkę: jedna strona, druga strona, taki portal, takie forum, mój blog, inne blogi... I tak za dużo czasu spędzam w internecie.
Dążę do tego, by jednocześnie nie korzystać ze zbyt wielu źródeł, nie zajmować się zbyt wieloma sprawami. A z drugiej strony chcąc się nauczyć języka powinnam czytać, mówić, słuchać i pisać. Że o powtarzaniu słówek już nie wspomnę. I trochę nie wiem jak to pogodzić.
A przecież życie nie kończy się na nauce języków. W tej chwili mam sporo czasu, ale niedługo pewnie wrócę do pracy i znów czternaście godzin dziennie będę spędzać poza domem...
Tymczasem, zanim wpadnę na genialny pomysł, co zrobić z tym moim pisaniem, reaktywowałam drugiego bloga. Piszę na zmianę - raz po grecku, raz po angielsku. Piszę od ręki, bez sprawdzania w słowniku czy w odmianach. Być może za jakiś czas wrócę do starych postów i będę mogła samodzielnie poprawić popełnione błędy?
Zastanawiam się też, czy nie wrzucać tych wpisów na Facebooka. W końcu tam też zaglądam... Myślę. Jak wymyślę to Wam powiem:)

Πέμπτη 3 Ιανουαρίου 2013

O materiałach do nauki inaczej, czyli gdzie notować?

Taki bzdurny post dzisiaj, ale podczas moich porządków w notatkach naszła mnie myśl, która mnie nie opuszcza za każdym razem podczas pracy, więc postanowiłam się nią z Wami podzielić. 
Jeśli zabierasz się za naukę (czegokolwiek, nie tylko języków), a Nowy Rok często wiąże się z podejmowaniem różnorakich aktywności, często jednym z pierwszych kroków są odwiedziny w sklepie papierniczym. No bo zapisywać wiadomości, wnioski gdzieś trzeba! Wybór mamy ogromny. Kratka, linie, okładek bez liku... W wyborze naszego zeszytu do obcego języka kierujemy się kryterium dowolnym. Co kto lubi! 
Ja jednak z całego serca odradzam zeszyty na spiralach/kołach. Są przecudne, wyglądają jakoś tak... profesjonalnie i od razu chce mi się uczyć jak je widzę, ale... Są strasznie niewygodne w użyciu! Owa spirala przeszkadza mi w pisaniu, ręka z długopisem nie chce się zmieścić i nie może "dojechać" do marginesu. Także spiralkom mówię stanowcze "nie". Jeśli zeszyt to tradycyjny! 
Z drugiej strony odkryłam dla siebie coś, co mi odpowiada i co mi się sprawdza. Kalendarze! Swego czasu byłam rokrocznie zasypywana kalendarzami. Grube (dzień na stronie) w formacie zbliżonym do tradycyjnego zeszytu, mnóstwo miejsca na notatki. Do używania w sposób zgodny z przeznaczeniem dla mnie za duże, bo jednak kalendarz noszę w torebce. Ale jako zeszyt "naukowy?" Dla mnie idealne! Zwykle ładnie oprawione, solidnie zszyte. Sprawdzają się również jako brudnopis do wszystkiego. Próbki tłumaczeń, brudnopis posta na bloga, lista zakupów, czy praca zaliczeniowa do szkoły, a także notatnik do zabrania na jakieś służbowe szkolenie. Nie wiem, czy jest sens kupowania takich specjalnie na potrzeby nauki, chociaż czasem można piękne kupić za grosze, szczególnie w trakcie trwania roku, kiedy grudniowo/styczniowy szał kalendarzowy już mija, a w końcu dla nas rocznik, w którym piszemy jest nieważny. Ja po prostu spojrzałam kiedyś na półkę, na której leżało z pięć sztuk czyściutkich lub w niewielkim stopniu zapisanych kalendarzy. Już "przeterminowanych" więc pozornie bezużytecznych. Zajmowały miejsce, a wyrzucić było mi żal (nie lubię wyrzucać przydatnego papieru). Także jeśli też macie dostęp do takich rzeczy, to polecam - spróbujcie!

Παρασκευή 30 Δεκεμβρίου 2011

Δεν έχω χρόνο! / Nie mam czasu!

Na początek trochę prywaty. Coraz częściej i wyraźniej zauważam, jak zmienia się moje podejście do nauki, do niektórych metod. Czasem aż mi głupio, bo coś, o czym pisałam jako o "najlepszym sposobie na naukę" okazuje się być kompletnym niewypałem. Nawet dzisiejszy post - napisałam go na kartce kilka miesięcy temu, a dziś przeczytałam przed publikacją i złapałam się za głowę: "Przecież to wszystko nie tak!" Trochę mnie zdołowały te spostrzeżenia, aż w końcu doszłam do wniosku, że właśnie tak ma być. Właśnie o to chodzi!
Zmieniam się, zmienia się także otoczenie wokół mnie. Zmieniają się możliwości i potrzeby. Codziennie uczę się czegoś nowego. O sobie, o życiu, o tym, co mogę a czego nie.
Ale do rzeczy:

Pierwszy sposób na pozbycie się braku czasu na naukę można nazwać: "Zakochaj się w języku". I to wystarczy, sukces murowany. Faza zakochania objawia się tym, że wszystko inne, oprócz obiektu naszych uczuć przestaje się liczyć. Możesz nie pić, nie jeść, nie spać, ważne, by jak najwięcej czasu spędzać z "ukochanym".
Więc jeśli znów spędziłaś mnóstwo czasu na Facebooku, czy oglądając telewizję to znak, że w Waszym związku coś zaczyna szwankować:)

A tak bardziej serio:
Systematyczność: O tym pisałam nie raz. O złym wpływie przerw w nauce na ten proces również.
Mówi się, że optymalnym czasem nauki jest pół godziny - godzina (w zależności od zdolności skupienia uwagi), ale codziennie. Ja polecam kwadrans. Dlaczego tyle? Bo taką ilość czasu każdy jest w stanie wyszarpać z dnia. Kiedy Twój kwadrans minie, a Ty masz chęć i możliwość uczyć się dłużej - zrób to!. Jeśli nie - kwadrans wystarczy.

Sporo się mówi o stałej , ustalonej porze nauki. W poprzedniej wersji tego posta napisałam mniej więcej tak:
"Prześledź swój dzień w myślach i zastanów się, który z jego fragmentów możesz poświęcić na naukę. Może wstajesz pierwszy i masz dla siebie spokojne poranki zanim wstanie reszta domowników? A może właśnie wieczorem, kiedy cały dom już zaśnie? Może kiedy dzieci odrabiają lekcje (o ile robią to samodzielnie)? Może kiedy są np. na basenie, czy innych zajęciach dodatkowych? Pamiętam, że swego czasu, kiedy woziłam syna na zajęcia judo, brałam ze sobą podręcznik, słownik i uczyłam się w oczekiwaniu na koniec zajęć."
To nie jest zły sposób, spróbujcie! Ale u mnie na dłuższą metę to się kompletnie nie sprawdza. Tryb życia wszystkich wokół mnie jest tak nieregularny, że przykładowa opcja "9.45 - 10.00 - nauka greckiego" jest niewypałem. Bo mogę o tej porze być już poza domem, a mogę jeszcze spać, lub być zajęta czymś, co naukę uniemożliwia. U mnie lepiej sprawdza się zapis w kalendarzu: "15 minut nauki greckiego!" Zapisany na czerwono jako priorytet.

Zapomnij o zaległościach! Zaległości nie istnieją! To częsty błąd uczących się: W poniedziałek miałeś się uczyć 15 minut, ale... miałeś słabszy dzień i po prostu obrzydliwie Ci się nie chciało. Zdarza się. Pomyślałeś więc, że za to we wtorek posiedzisz pół godziny. Tylko że we wtorek wpadła z wizytą ciocia Krysia z wujkiem Heńkiem. Pękła flaszeczka i z nauki nici. Więc w środę 45 minut. Akurat w środę? Mam tyle spraw do załatwienia i jeszcze ten kac.... No to czwartek. W czwartek syn/córka zaczął gorączkować, w piątek dopadła Cię grypa żołądkowa i trzymała przez trzy dni. Ups, to mamy już prawie dwie godziny do nadrobienia. Jak tu znaleźć dwie godziny? W poniedziałek, wtorek się nie udało... Zaległości rosną, a wraz z nimi frustracja i niechęć... STOP! INACZEJ! Wróćmy do początku tej historii...
W poniedziałek miałeś słabszy dzień i... nie chciało Ci się. Odpuściłeś. Ale we wtorek normalnie usiadłeś i pouczyłeś się swoje 15 minut, jak gdyby nigdy nic. Przecież nic się nie stało!
Nawiasem mówiąc, zwykle (nie zawsze, ale bardzo często!) nawet podczas choroby własnej czy dziecka da się poświęcić chwilę na naukę. Przecież to tylko kwadrans!

Wykorzystuj czas i łącz czynności:
  • Włączona grecka telewizja podczas wykonywania domowych czynności
  • Lekcje / audiobook przesłuchiwane w drodze na zakupy lub do/z pracy
  • Facebookowe aplikacje ze słówkami (no nie oszukujmy się, prawie codziennie zaglądamy na Fejsa:D)
  • książka / gazeta w autobusie/pociągu/metrze
  • serial podczas prasowania
  • fiszki na przystanku czy w kolejce do lekarza
  • jeśli jesteś szczęściarzem, któremu szef i czas w pracy pozwalają na wykorzystanie Internetu do własnych celów, czasem i w pracy da się pouczyć!
Tak naprawdę możliwości jest ogrom. Czy je wykorzystasz, zależy od Twoich chęci i motywacji!





Τρίτη 13 Δεκεμβρίου 2011

Πάλι απ΄ την αρχή / Od początku

Myślałam, myślałam, aż w końcu wymyśliłam. Już wiem, jak będzie wyglądało moje kolejne podejście do nauki.
Niby sporo już umiem, ale jednocześnie mam masę braków. Gramatyka kuleje, umiejętność pisania to absolutna porażka. Ciągle i niezmiennie łapię milion srok za ogon i nic z tego nie wynika. Materiałów do nauki przybywa, źródeł, z których korzystam na raz również, a wiedzy jakoś nie bardzo.
  • Wracam do początku. Razem z oficjalnym ponownym startem regularnej nauki (przypominam - połowa stycznia/początek lutego) rzucam wszystko i przerabiam od nowa mój pierwszy podręcznik, od którego wszystko się zaczęło i którego nigdy nie skończyłam. Dokładnie, strona po stronie. Początek powinien pójść szybko i zgrabnie, bo będzie to swego rodzaju powtórka. Mam jednak zamiar większy nacisk położyć na zagadnienia gramatyczne, które zawsze traktowałam po macoszemu.
  • Zmieniam priorytety. Mniej blogowania, więcej nauki, za co z góry przepraszam moich czytelników. Nie znaczy to, że zrezygnuję z blogowania. Na pewno będę się dzielić tym, z czym się spotkam w procesie nauki. Dodatkowo, w dni, kiedy nie będę mogła już patrzeć na mój podręcznik, zajmę się jakąś kolejną piosenką, czy lekcją z hau.gr, które tutaj z Wami przerabiam. Tak więc blog będzie istniał, będzie "się pisał", ale być może w innym tempie niż wcześniej (tzn. w innym niż wtedy, kiedy prowadziłam go regularnie bez dłuższych przerw).
  • Oprócz gramatyki nacisk przesuwam na z biernej na czynną znajomość języka, czyli pisanie (pewnie będzie można się spodziewać nowych wpisów na drugim blogu) i mówienie.
Tak wygląda mój plan na chwilę obecną. Na pewno życie go zweryfikuje i na pewno o wszystkim będę Was informować

Τρίτη 8 Νοεμβρίου 2011

O przerwach w nauce

Systematyczność jest jednym z podstawowych kluczy do sukcesu w nauce języka obcego. Wiem to od zawsze i zgadzam się z tym w zupełności. Jednak w życiu bywa różnie. Na skutek splotu różnych okoliczności życiowych mam ogromną przerwę w nauce. Życie życiem, problemy problemami - zdarza się i czasem przerwy są nieuniknione. Jednak, kiedy się bardzo chce, można wiele rzeczy pogodzić. A mnie gdzieś zabrakło siły, mobilizacji, samozaparcia.
Piszę Wam o tym ku przestrodze. Czasem przychodzi taki dzień, kiedy naprawdę nie da się przysiąść do nauki. Czasem zresztą krótka przerwa, chwila oddechu jest przydatna, by po niej z odświeżoną głową i nowym zapałem wrócić do nauki. Ale przerwy bywają zdradliwe. Skoro nic się nie stało z powodu jednego dnia luzu, to dzisiaj też odpuszczę... i nagle okazuje się, że minął tydzień, drugi, miesiąc i więcej. A wrócić jest bardzo trudno. Z rutyny wypada się bardzo szybko, a powrót do niej wymaga znacznie więcej wysiłku niż utrzymanie jej na co dzień. Dlatego ostrzegam. Ostrożnie z przerwami!

Παρασκευή 21 Οκτωβρίου 2011

O blogowaniu w języku obcym

To trudniejsze niż myślałam. Okazuje się, że robię mnóstwo błędów stylistyczno-gramatycznych. Po drugie, wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, niż usiąść i napisać parę zdań na dowolny temat. Wcale nie. Siadam nad otwartym plikiem i moją głowę ogarnia pustka. Myśli, które przez nią przelatują, nie umiem przełożyć na grecki. Więc szukam innych - i znów problem. Pusto. Cicho. Ciemno. Próbowałam ograniczyć się do jednego zdania dziennie, na zasadzie: "lepiej mniej a częściej niż dużo a rzadko". I nic. wiecie ile czasu może zająć wymyślenie jednego zdania w obcym języku? Dużo:-)
Koniec końców zapał i systematyczność mocno mi opadły i przestałam pisać zupełnie.
Mimo wszystko nadal uważam pisanie bloga w języku, którego się uczymy za bardzo dobry pomysł. Tych kilka popełnionych wpisów ukazało mnie z czym mam problem, w którym miejscu moja gramatyka kuleje najbardziej, do czego się przyłożyć. I to na pewno nie jest koniec mojej przygody z blogowaniem po grecku. Dlatego na mojego drugiego bloga niezmiennie zapraszam!

Τρίτη 4 Οκτωβρίου 2011

O pisaniu

Już w lutym ubiegłego roku popełniłam niezwykle odkrywczą myśl, że aby nauczyć się pisać w języku obcym, trzeba po prostu pisać. Innej drogi nie ma. Zwierzałam się Wam z całej mojej greckiej historii, z kolejnych prób, porażek, blogów, prób mailowania po grecku... W teorii wszystko wiem, z praktyką u mnie gorzej. I trzeba było impulsu w postaci wpisu pani Agnieszki, bym odkryła swoją Amerykę. No przecież to proste, skoro chcę nauczyć się pisać, a jednocześnie kocham blogowanie, to dla mnie jedyna droga! I w ten oto sposób reaktywowałam swojego pierwszego, greckiego bloga. Efekty można zobaczyć tu. Zapraszam do komentarzy i poprawek!

Update (październik 2016): Blog po pewnym czasie został porzucony i raczej nie mam zamiaru go reaktywować. Raczej skłaniam się do jego usunięcia, ale póki co, można sobie pooglądać moje wypocinki, których się szczerze mówiąc trochę wstydzę;-)

Παρασκευή 16 Σεπτεμβρίου 2011

Jeszcze o oglądaniu

Ostatnim moim odkryciem jest grecka telewizja śniadaniowa. Idealna rzecz do tego, by leciała sobie w tle podczas wykonywania codziennych obowiązków domowych. Dla mnie, jako kobiety, na tyle ciekawa, by rzeczywiście słuchać, co się mówi - dyskusje o dietach, sposobach na przyjemną i skuteczną pobudkę, manicure, fitnessie (ostatnio proponowali np. zumbę), przepisy kulinarne "gotowanie na ekranie" itp. Jednocześnie tematyka jest na tyle "ograna" (codziennie, w każdej telewizji i w każdym portalu internetowym można znaleźć coś w takich kobiecych klimatach), że nie wymaga siedzenia murem przed telewizorem. Można w dowolnym momencie spokojnie włączyć odkurzacz, bo wiele się nie straci.
Podsumowując:
  • oglądanie serialu wymaga ode mnie uwagi i spokoju, bym nie zgubiła wątku. na serial muszę "poświęcić" te pół godziny, czy godzinę
  • oglądanie takich babskich programów pozwala mi na zrobienie tego, co do mnie należy przy jednoczesnym obcowaniu z językiem
  • oglądanie publicystyki, wiadomości, programów ekonomicznych kompletnie mnie nie kręci (nawet po polsku) i dlatego najmniej (choć nie można powiedzieć, że nic) mi daje pod względem językowym. Czasem lecą sobie takie programy, gdy nie ma nic innego (na zasadzie, że lepsze nudy niż nic) i sama po sobie wiem, że często po prostu moja uwaga gdzieś ulatuje i w ogóle nawet zapominam, że słucham, bo moje myśli intensywnie pracują nad czymś zupełnie innym.
  • w przypadku tematyki, która nas interesuje, uwaga skupia się samoczynnie. W końcu powiedzcie, dziewczyny - która z nas nie dowie się chętnie czegoś nowego o trendach w makijażu, sposobie na lepszą figurę czy przepisie na idealną randkę? ;-)
Z powyższych powodów wszystkim kobietkom polecam greckie odpowiedniki naszej "kawy, czy herbaty". Można spokojnie znaleźć na satelicie, a i w internecie pewnie się da:)

Παρασκευή 12 Αυγούστου 2011

Mała weryfikacja poglądów

Kiedy wiele lat temu przeczytałam o sposobie nauki języka poprzez czytanie, słuchanie, oglądanie różnych rzeczy w języku docelowym, od razu mu przyklasnęłam; wydawał mi się idealny i bezbolesny.
Brzmi cudownie, prawda? Słuchaj greckiej muzyki, oglądaj greckie programy, a nauczysz się greckiego. Wstyd się przyznać, ale trochę dałam się nabrać na tę "magiczną" metodę. Niby cały czas wiedziałam, że samo słuchanie/oglądanie nie wystarczy i nie poprzestawałam wyłącznie na tym, ale jednak rolę cudownego sposobu nauki trochę przeceniłam.
Czy to znaczy, że to nie działa? Że to bzdury wyssane z palce? Że jak słuchasz/oglądasz to się nie uczysz? Nie! To naprawdę działa! Z tą tylko różnicą, że to nie jest sposób na NAUCZENIE SIĘ języka, to jest tylko środek, który może POMÓC w rozwijaniu i poszerzaniu naszej umiejętności rozumienia ze słuchu. "Samo" się NIE NAUCZY. UCZYĆ SIĘ musimy sami i to ciężką, żmudną pracą.

Tym przydługim wstępem zmierzam do sedna dzisiejszego wpisu. Chciałabym podzielić się z Wami moimi refleksjami na temat oglądania programów/filmów po grecku.

Kiedyś twierdziłam, że dobrym pomysłem jest oglądanie np. filmów w różnych kombinacjach. Czyli polskie dialogi/grecki napisy, potem odwrotnie. Dziś pora zweryfikować pogląd i wycofać się z niego. Po pierwsze - kto tak naprawdę ma czas na wielokrotne oglądanie tego samego? Po drugie - czytanie po grecku w tempie pozwalającym na nadążenie za akcją i dialogami to naprawdę wysoki stopień wtajemniczenia. Powiem zresztą szczerze, że choć nie mam problemów z szybkim czytaniem, w ogóle nie lubię filmów z napisami. Nawet kiedy czytam polskie napisy, to za bardzo skupiam się na literkach, zamiast na akcji na ekranie. Oglądanie czegoś nadawanego po grecku z greckimi napisami (np. audycje dla głuchoniemych) też się nie sprawdza w moim przypadku, bo jak czytam to nie słyszę, co mówią, a głos i tak mnie rozprasza, więc czytanie wolno idzie:-) Oczywiście każdy wybiera sposób jaki najbardziej mu odpowiada, ja jednak mówię stanowcze "nie" napisom i kombinacjom językowym.
Inną sprawą jest kwestia poznania treści najpierw w znanym sobie języku, a dopiero potem po grecku. Czyli np. oglądamy bajkę po polsku, wiemy o co chodzi, a potem przełączamy się na grecki. To na pewno ułatwia sprawę i zapobiega zniechęceniu, bo chyba nie ma nic gorszego, niż oglądanie czegoś, czego ni w ząb nie rozumiemy. Z drugiej strony - jak już wspominałam - czy to nie strata czasu, oglądać to samo po wielokroć? Tu nasuwa mi się wniosek, że chyba wszystko zależy od naszego stopnia wtajemniczenia. Im bardziej jesteśmy zaawansowani w języku, tym więcej rozumiemy, a to czego nie rozumiemy, możemy domyślić się z kontekstu. Nawiasem mówiąc, niezależnie od wszystkich za i przeciw, i od własnych przemyśleń na ten temat - kiedyś obejrzę sobie Shreka po grecku. Tak z ciekawości i dla jaj:-)

Kolejna ważna rzecz. Co oglądać? Teoretycznie wszystko jedno. Ale tylko teoretycznie. W poszukiwaniu greckich materiałów w Internecie natrafiłam na paczkę jakichś podcastów. Były tam jakieś reportaże, programy (coś o hodowli pieczarek się trafiło). Nuda. I choć obejrzałam wszystko, nie powiem bym cokolwiek z tego wyniosła. Musimy znaleźć coś interesującego.
Coś mi się wydaje, że nie mamy szans na obejrzenie naszego ulubionego filmu w greckiej wersji językowej. Grecy nawet w TV nie korzystają z funkcji lektora (filmy np. amerykańskie nadają w oryginalnej wersji i dodają napisy). I nie sądzę, by w przypadku np DVD było inaczej, choć bardzo proszę mnie poprawić, jeśli się mylę. Więc jeśli nie chcemy korzystać z napisów, to mamy problem.
Ale istnieją przecież seriale! O roli oglądania seriali w nauce języka obcego napisano już wiele. I przyznam się, że traktowałam ten temat po macoszemu, wrzucając go do jednego worka z oglądaniem samym w sobie (o czym było we wstępie). Tymczasem seriale mają przewagę nad oglądaniem czego innego:
  • odcinki są krótkie - łatwiej znaleźć 30 czy nawet 60 minut niż poświęcić 2h na pełnometrażowy film
  • seriale mobilizują do nauki, bo wciągają! Kolejne odcinki tworzą jakiś tam ciąg wydarzeń, wiec jeśli chcemy wiedzieć, co będzie dalej, obejrzymy kolejny odcinek.
O kontakcie z żywym językiem nie wspominam, bo to w ogóle esencja i główny powód do oglądania:)

Następnym razem opowiem Wam o moim osobistym doświadczeniu z greckim serialem, wrażeniach, wnioskach i o problemie jaki z tego wyniknął.

Τρίτη 26 Ιουλίου 2011

Co mi daje pisanie bloga? (2)

Korzyści płynących z pisania bloga o nauce języka jest wiele i są one ze sobą powiązane, jedne wynikają z drugich. Postaram się je przedstawić i mam nadzieję, że za bardzo nie zagmatwam.
Najważniejszy zdecydowanie jest fakt, że aby przygotować nowego posta, trzeba popracować. Przysiąść nad tekstem, przeczytać, wynotować to, co istotne, pogrzebać w słownikach, przepisać, czyli po prostu blog motywuje do pracy z językiem.

Pisanie bloga pozwoliło mi zapanować trochę nad samą nauką. przestałam bowiem próbować tłumaczyć wszystko, co wpadnie mi w ręce (a po początkowym etapie, gdzie trudno było w Polsce znaleźć cokolwiek po grecku, przyrost tekstów, które "muszę przetłumaczyć" szybko przerósł moje możliwości), a skupiłam się na przygotowywaniu kolejnych lekcji.
Po opracowaniu kilku pierwszych lekcji, jeszcze na starym blogu, nastąpiła przerwa. Bo nie miałam czasu, bo napotkałam, na jakąś trudność, bo... sama już nie pamiętam dlaczego. Zdałam więc sobie sprawę, że muszę narzucić sobie jakieś określone tempo, by ta zabawa miała jakikolwiek sens. Postanowiłam więc, że posty będą ukazywały się raz w tygodniu. W ten sposób blog zaczął wpływać na moją systematyczność.
Z czasem rutyna zaczęłam mnie nużyć, więc znów popadłam w chaos, bo oprócz lekcji wymyśliłam sobie jeszcze piosenki, a potem paronimy i ciągle do głowy przychodzą mi kolejne pomysły. Z czasem zwiększyłam więc częstotliwość pojawiania się postów, bo doszłam do wniosku, że jeśli będę wprowadzać tyle tematów pobocznych - w życiu nie dokończymy naszych lekcji z Hau.gr. Ponadto musiałam opracować sobie plan, co po czym ma się pojawiać, by całość bloga miała ręce i nogi.












Oczywiście nie zawsze wszystko idzie tak jak byśmy chcieli. Czasem nasze plany sypią nam się na głowę. Różne życiowe okoliczności oraz moje wrodzone lenistwo sprawiły, że na jakiś czas zostawiłam bloga i narobiło mi się jakieś 4-5 miesięcy zaległości w pojawianiu się postów. Powrót był trudny. Wymyśliłam sobie, że uzupełnię wszystko. Owszem, mogłam po prostu napisać kolejnego posta i dalej pracować, jakby nic się nie stało. Ale ja nie chciałam - czasem tak mam, że ubzdura mi się jakiś odjechany pomysł i ja go realizuję z uporem maniaka:) Chciałam, żeby blog wyglądał tak jak go sobie zaplanowałam. I zaczął się maraton. Całą swoją aktywność, każdą chwilę jaką tylko mogłam poświęciłam blogowi i językowi greckiemu (Tym samym nauczyłam się też nie marnować czasu, bo przecież w ciągu dnia każdy z nas ma masę swoich obowiązków, więc trzeba było szybko się z nimi uporać, by mieć czas na grecki). To było niesamowite doświadczenie. Nie mogłam sobie pozwolić na czekanie aż ktoś na forum zechce wyjaśnić mi moje wątpliwości, czy znaczenie słówek, których nie mogę znaleźć w słowniku. Przeprosiłam się ze słownikami języka greckiego, które do tej pory odrzucałam bo "za trudne". Dziobałam jak dzięcioł słówko po słówku, by odnaleźć to, czego szukam. I szybko zauważyłam, że takie działanie przynosi efekty, coraz łatwiej, szybciej idą mi te tłumaczenia, coraz mniej problemów sprawiają. Czyli - moja nauka po prostu idzie do przodu! To niesamowite uczucie dające ogromną satysfakcję i motywacyjnego kopa do dalszego działania. A taki kop z kolei przydaje się, kiedy natrafia się na "minę", czyli słówko, którego objaśnienie w greckim słowniku składa się w większości z nieznanych słów, których w grecko- polskim słowniku też nie można znaleźć:)
Pisząc bloga poznałam też wiele ciekawych ludzi, zarażonych tak samo jak ja albo samym greckim, albo nauką języków obcych samą w sobie. To bardzo ważne, mieć kogoś, kto rozumie Twoje wątpliwości, zniechęcenie, ale też cieszy się razem z Tobą z każdego nawet drobnego sukcesu na drodze prowadzącej do znajomości języka.

Podsumowując mogę chyba powiedzieć, że pisanie bloga jest po prostu moją metodą nauki. Nie zawsze doskonałą, ciągle zmienianą, dostosowywaną do siebie. Blog spełnia funkcję motywacyjną, poganiającą, inspiracyjną, poszukującą i towarzyską:) I o to w tym wszystkim chodzi:)

Τρίτη 12 Απριλίου 2011

Motywacja czasem rodzi się z niepowodzeń

Co jakiś czas, w trakcie nauki, szczególnie podczas pracy nad nowym postem, natrafiam na "miny". "Miną" najczęściej jest słówko - jak się zwykle okazuje - dość rzadko używane, nie występujące w słowniku, którym dysponuję. Wtedy zaczyna się zabawa. Najpierw wpisuję delikwenta w google i z treści wyrzuconych przez wyszukiwarkę stron, próbuję się domyślić znaczenia. Następnie, niezależnie od wyników tego śledztwa, uruchamiam wszystkie dostępne mi słowniki internetowe. To daje mi jakiś obraz. Potem próbuję w drugą stronę, czyli sprawdzam uzyskane w ten sposób tłumaczenia w słowniku polsko - greckim. Ale to nie zawsze się sprawdza, potwierdza. Wtedy pozostają słowniki greckie. Te z kolei ciągle stanowią dla mnie problem. Tłumaczenie definicji słownikowych z greckiego nadal (wstyd się przyznać) jest dla mnie za trudne. A tłumacz google wcale nie ułatwia zadania, bo jest mało wiarygodny i czasem wypuszcza takie "kwiatki", że głowa boli.
Zgromadzoną w ten sposób wiedzę weryfikuję na forach internetowych. Tam uzyskuję ogromną, nieocenioną pomoc. Czasem od razu, czasem po długich dyskusjach, a czasem - jak ostatnio - odsyłają mnie do słownika języka greckiego.
Spędziłam więc niedawno intensywny wieczór nad słownikowymi definicjami męcząc je słówko po słówku i tworząc przy tym gniota tłumaczeniowego, ale byłam z siebie dumna - znalazłam w końcu to, czego szukałam.
Tymczasem na forum zlitowano się nade mną i od niechcenia, na szybko przetłumaczono mi interesujący mnie fragment. Ech, najpierw zawstydziłam się jakością efektu mojego ślęczenia nad słownikami (bo porównanie z tym co "od niechcenia" znalazło się na forum wypadło mocno kontrastowo), potem się zniechęciłam "ja się nigdy tak nie nauczę", potem poczułam zazdrość "ja też tak chcę", by na koniec doznać przypływu energii, weny i chęci: "Co? Ja nie dam rady? Trzeba tylko się brać do roboty zamiast siedzieć bezczynnie!"
I tak to właśnie działa, że często piętrzące się trudności działają na nas najlepiej. Dają nam najwięcej pod względem motywacyjnym

Παρασκευή 25 Μαρτίου 2011

Trik, który (paradoksalnie) może pomóc się zmobilizować do nauki

Odkryłam niedawno ciekawą zależność. Im mniej mam czasu na naukę języka, tym bardziej chce mi się go uczyć. Był taki okres w moim życiu, kiedy miałam bardzo dużo wolnego czasu. Myślicie, że robiłam wtedy coś konstruktywnego? Gdzie tam! Spędzałam mnóstwo czasu przed komputerem na bezwartościowych stronach, gadałam z ludźmi o pogodzie, ot tak - byle gadać, lub - o zgrozo! - oglądałam seriale, których nawet nie lubię. Nie dosyć, że to sam z siebie był kiepski okres w moim życiu, to sama sobie pogarszałam nastrój nieróbstwem i lenistwem. Po prostu, ze świadomością, że nic nie robię, czułam się coraz gorzej.
A potem nastąpiły zmiany. Pojawiły się nowe obowiązki i myśl: "Pouczyłabym się, ale nie mam czasu" I jeszcze większe wyrzuty sumienia z powodu zmarnowanego czasu.
Z pomocą przyszła mi psychika ludzka, bo człowiek z natury jest leniwy, a z wielu obowiązków wybierze zawsze przyjemniejszy, łatwiejszy dla siebie. Wobec czego mając w planach napisanie pracy zaliczeniowej o szkodliwym wpływie pyłów na organizm ludzki oraz stertę rzeczy do uprasowania otwierałam słownik i tłumaczyłam garść słówek z kolejnej lekcji :-) Referat i tak musiał być napisany, a na chodzenie w pogniecionych rzeczach sobie i swojej rodzinie nie mogę pozwolić. I tak dzięki lenistwu zamiast dwóch rzeczy mam zrobione trzy!
Oczywiście nie we wszystkich przypadkach to działa. Są ludzie tak solidni i obowiązkowi, że w powyższej sytuacji zajęliby się najpierw "prawdziwymi" obowiązkami. Ale oni z reguły są tak porządni i zorganizowani, że dla nich nie istnieją pojęcia "zaległe prasowanie" czy "referat na wczoraj", bo zawsze ze wszystkim są na bieżąco.
Leniom - takim jak ja - polecam wzięcie sobie na głowę dodatkowych obowiązków. Działa doskonale na mobilizację!