Σελίδες

Εμφάνιση αναρτήσεων με ετικέτα προσωπικά / osobiste. Εμφάνιση όλων των αναρτήσεων
Εμφάνιση αναρτήσεων με ετικέτα προσωπικά / osobiste. Εμφάνιση όλων των αναρτήσεων

Τρίτη 31 Δεκεμβρίου 2019

366 ημέρες με την ελληνική γλώσσα

Było o podsumowaniach, pora na plany i cele. To kolejny post pisany "na kolanie", więc wybaczcie chaos i słowotok. 
No właśnie. Jednym z moich celów jest powrót do pisania. I nie mam tu na myśli wyłącznie tego bloga. Ostatnie miesiące były dla mnie trudne pod tym względem. Brak czasu, i totalny chaos w głowie trzymały mnie z dala od długopisu i papieru. Nawet dla siebie samej ciężko mi było coś napisać. A wypuścić cokolwiek na zewnątrz? No, ale kto to w ogóle będzie czytał?  A poza tym, co ty w ogóle wiesz, żeby się wypowiadać? W internetach sami eksperci od wszystkiego przecież, z czym do ludzi? I wiecie co? Dojrzałam do tego, żeby mieć to wszystko gdzieś. Dojrzałam do tego, żeby po dziesięciu latach od założenia tego miejsca powrócić do korzeni. Czyli pisać o tym co kocham, co o tym wszystkim myślę, co mi się sprawdza a co nie. Pisać bez oglądania się na innych. Pisać od serca a nie pod wyszukiwarki. Nigdy nie miałam ambicji zostać sławnym blogerem i zarabiać na tych swoich wypocinach. Jestem wolna na tym blogu. Nie mam terminów, narzuconych tematów ani słów - kluczy, których muszę użyć, żeby wpis się dobrze pozycjonował. Kto ma tu trafić ten trafi i tak, tak jak to było do tej pory.

Na język nie mam konkretnych planów i chociaż to tak strasznie nieprofesjonalne - bardzo mi z tym dobrze. Chciałabym wprawdzie pozamykać parę porozpoczynanych w przeszłości projektów, uznać za "przerobioną" część ponapoczynanych materiałów i pozbyć się ich by nie zagracały głowy i mieszkania. Realnie jednak patrząc myślę, że - jak do tej pory - po prostu będę sobie używać języka i zobaczymy dokąd mnie to zaprowadzi. Pewnie niezbyt daleko w porównaniu z tymi co to z planem i metodą dążą do celu. A moje cele tak naprawdę sięgają zupełnie innych obszarów mojego życia i to na nich muszę się skupić. A grecki i jego nauka to tak  naprawdę dodatek. Na tyle ważny dla mnie, że nie mam zamiaru z niego zrezygnować, ale wciąż tylko dodatek, więc ustawianie sobie kolejnych "baz do zdobycia" w moim przypadku mija się z - nomen-omen - celem :-)

O rany, wstęp był długi:-) A teraz do rzeczy. Przełom roku rządzi się swoimi prawami i chochliki podszeptują żeby jednak chociaż jakieś małe postanowionko? Celik? Wyzwanko? No dobra, wchodzę w to! Na rok 2020 wymyśliłam sobie 366 dni z językiem greckim. 
Zasady: Każdego dnia należy spotkać się z językiem greckim. Nie ważne czy to będzie przeczytanie artykułu, wysłuchanie podcastu, wpisanie słowka do zeszytu, wiadomość po grecku na komunikatorze. Wszystko zależy od możliwości, motywacji, siły w danym dniu. Ważne żeby "coś" zrobić. A 366 "cosi" to już całkiem niezłe "coś", prawda?
Mam zamiar dzielić się z Wami postępami tu, na blogu. Jeszcze nie do końca potrafię sobie wyobrazić jak to będzie wyglądało technicznie, z jaką częstotliwością uda mi się przedstawiać dokonania. I jeśli czegoś się obawiam, to tego czy dam radę na bieżąco sobie dokumentować moje "cosie". Większość mojej "nauki" odbywa się gdzieś w biegu i o ile przeczytanie artykułu w autobusie to mały problem, to już pamiętanie, żeby zapisywać wszystko co się zrobiło będzie stanowić wyzwanie. Tym bardziej, że w kwestii angielskiego mam zamiar zrobić to samo, ale to już poza blogiem. 

Co Wy na to? Podoba Wam sie? Ktoś się przyłączy? Jeśli pomysł chwyci, chętnie opublikuję również Wasze osiągnięcia na blogu.

Σάββατο 28 Δεκεμβρίου 2019

Podsumowanie 2019 roku.

Kochani, siadam i piszę, tak po prostu. Bez żadnego przygotowania, notatek nawet bez głębszego przemyślenia. W końcu jaki był ten mijający rok, wiem doskonale. A istnieje spore niebezpieczeństwo, że ten post nie powstanie wcale, jeśli zacznę się skupiać na tym, żeby napisać super - hiper - ekstra fantastyczną notkę.

Do rzeczy. Jaki był 2019? Przede wszystkim prywatnie dość słaby. Życie trochę przemieliło mnie w swojej paszczy. Zawsze mogło być gorzej. Nadal posiadam wszystkie członki własne i wszystkich członków rodziny w komplecie, za co jestem ogromnie wdzięczna. Jednak prawdą jest, że lekko nie było i codzienność dawała w kość. Nie wdając się w szczegóły, bo nie o tym jest ten blog, powodów do odłożenia nauki i blogowania w kąt miałam wystarczająco.
Blogowo - nie muszę chyba nic pisać. Blog jaki jest - każdy widzi. Pustką tu ziało, wywołując wyrzuty sumienia. Dlatego piszę właśnie dziś. To próba powrotu do blogowania. Mam nawet pewien pomysł, który - mam nadzieję - trochę częściej mnie tu przygna, ale o nim następnym razem.
Językowo - nie do końca jestem z siebie zadowolona. Rozgrzebane projekty z poprzednich lat leżą praktycznie nieruszone. Ciągle wierzę, że je pokończę. Zakładki, foldery, notatniki pękają w szwach, a ja ciągle znajduję coś nowego. Nauki, takiej z prawdziwego zdarzenia było niewiele. Więcej po prostu używałam języka. Czytałam, słuchałam, trochę gadałam. Z pisaniem najgorzej. To ciągle dla mnie najtrudniejsza część.
Mogłabym mieć do siebie pretensje, bo zrobiłam mniej niż chciałam, bo często wygrywało lenistwo. Bo brakło regularności, metodyczności, jakiegoś planu. Bo mogłam więcej. A może - spoglądając na to z drugiej strony - może skoro nie zrobiłam, to właśnie nie mogłam? Może to wszystko jest po coś? Może choroba jest właśnie po to, żeby przestać tak pędzić, zdać sobie sprawę z tego, że tak naprawdę ja nic nie muszę? I cieszyć się tym, co się udaje, zamiast karać za to, że czasem nie daję rady?

Na zakończenie, żeby nie było smutno, dołująco i pompatycznie. Jest i sukces! W maju podeszłam do egzaminu Ελληνομάθεια. Sukcesem było już samo przystąpienie do niego, bo odkładałam temat od wielu lat, zawsze było coś ważniejszego, nigdy nie było dobrego czasu i nigdy nie byłam dostatecznie gotowa. Tym razem też nie:-) Zdecydowałam się na najniższy poziom A1 i zaliczyłam.
Więcej o egzaminie, o tym po co na co i dlaczego, o moich przygotowaniach oraz o samym przebiegu, napiszę (mam nadzieję) wkrótce).

A jak wyglądał Wasz rok? Plany, postanowienia zrealizowane? Wnioski wyciągnięte? Cel na 2020 ustanowiony? Zapraszam do rozmowy w komentarzach!

Δευτέρα 13 Μαΐου 2019

"Dogadaj się po grecku" - raz jeszcze

Mam wrażenie, że napisana przeze mnie opinia na temat rozmówek Żanety została odebrana jako mocno krytyczna. I jeśli taki był wydźwięk tego posta, to bardzo mi przykro, bo absolutnie nie miałam takiego zamiaru.

Biorę winę na siebie, napisałam to, co napisałam. Najwidoczniej położyłam w tekście nacisk nie na to, co najistotniejsze. Dlatego chciałabym dodać do tej opinii kilka słów, które powinny były paść w wersji pierwotnej.

"Dogadaj się po grecku" Żaneta nazywa rozmówkami. I słusznie, bo dostajemy tu multum przykładów na to, o co możemy zostać zapytani  przez Greków podczas pobytu w Grecji, lub odwrotnie - pytania, które sami chcielibyśmy zadać oraz przykładowe odpowiedzi. Autorka w przemyślany sposób postarała się postawić w sytuacji cudzoziemca przebywającego w Grecji, próbując przewidzieć w jakich sytuacjach może on się znaleźć i z czym może się spotkać. Zapewne nie zdołała zawrzeć w rozmówkach wszystkich możliwych wariantów, ale tego chyba nikt nie potrafi. Jak wspominałam poprzednio, podczas słuchania i czytania zawartości, zastanawiałam się czego brakuje. Co jeszcze mogłoby się tu znaleźć. Chciałam podrzucić Żanecie jakiś pomysł, do kolejnego wydania. I... nic nie wymyśliłam:-)

Wydaje mi się, że rozmówek, oprócz wykorzystania zgodnie z przeznaczeniem, można spokojnie użyć jako pierwszego podręcznika do nauki.Tym bardziej, że w języku polskim wyboru - jeśli chodzi o materiały do nauki - raczej nie mamy. Mam wrażenie, że przyswojenie sobie całości materiału, stworzy solidne podstawy, na bazie których można pójść dalej, już na konkretnych przykładach zauważyć pewne prawidłowości gramatyczne, a później samodzielnie, bądź na grupie zgłębiać teorię. Ja osobiście wolę taką kolejność niż wkuwanie na sucho regułek i tabelek.

Całość, czyli pdf + audio, którą proponuje Żaneta (tu się powtórzę) jest bardzo przyjemna dla oka i ucha, oraz w moim odczuciu (bo nie znam się na procesach edycji ani nagrywania) profesjonalnie  przygotowana.

I teraz kilka słów wyjaśnienia, bo poprzednio skrytykowałam owe formaty: Uważam, że dobra treść zawsze się obroni, a w tym przypadku mamy do czynienia z naprawdę solidną porcją merytorycznej wiedzy. I fakt, że ja wolałabym nieco inna formę to tylko moja opinia, która w żaden sposób nie dyskwalifikuje rozmówek.Co najwyżej, może autorce zasugerować co można wziąć pod uwagę przy następnych projektach. Dla mnie (czego chyba  nie przekazałam w poprzednim tekście) najważniejsze jest to, czego mogę się dowiedzieć z rozmówek. A jest tego ogrom! I właśnie to powinnam była podkreślić. Jest takie powiedzenie: "Jak ktoś chce - szuka sposobu, jeśli nie chce- szuka wymówek". Ponieważ, przynajmniej jeśli chodzi o język grecki, należę do tych, którzy chcą, to wycisnę z tych rozmówek wszystko, do ostatniej literki, do czego i Was zachęcam

--------------------------------------------------------

Od dłuższego czasu nie jestem w formie. Choroba, przeprowadzka i masa spraw (jak to w życiu bywa), skutecznie odziera mnie z czasu, który mogłabym przeznaczyć na pisanie. A kiedy już siadam do klawiatury, nie do końca potrafię zebrać myśli i przelać je na ekran. No i mamy efekty. Przykro mi tylko, że akurat przy okazji pisania o świetnym produkcie, nie udało mi się przekazać dokładnie o co mi chodzi, za co Cię, Żaneta, serdecznie z tego miejsca przepraszam jak również za to, że tak długo zajęło mi dopisanie tej rozszerzonej wersji mojej opinii.

Σάββατο 2 Ιουνίου 2018

Πρόσεξε τι ζητάς. Όταν τα όνειρα γίνονται πραγματικότητα. / Uważaj czego sobie życzysz. Kiedy marzenia się spełniają.

Największą niedogodnością w samodzielnej nauce języka obcego jest według mnie brak możliwości praktykowania. Owszem, możesz mówić sam do siebie wykorzystując nowo poznane słówka; możesz pisać pamiętnik w języku, którego się uczysz. I jak najbardziej polecam to robić. Uważam, że lepiej skupiać się na możliwościach niż na przeszkodach. Ale nie oszukujmy się, to są działania zastępcze i nigdy nie będą tym samym, co rozmowa z nativem, kiedy na bieżąco trzeba reagować, nadążać za tokiem konwersacji.Wprawdzie jest internet, który daje wiele możliwości znalezienia ciekawego rozmówcy, ale z różnych powodów nigdy się na takie rozwiązanie nie zdecydowałam.
I oto stało się się coś, czego nigdy się nie spodziewałam. Od jakiegoś czasu goszczę u siebie w domu młodego Greka. Marzenie się spełniło, mam (wreszcie) kogoś, z kim  mogę gadać po grecku...
... a moje życie zaczęło przypominać cyrk na kółkach:) W cyrku udział biorą:

  • Grek: Rozumie i całkiem sporo mówi po polsku, choć ma problem z odmianą słów. Często też tłumaczy bezpośrednio i dosłownie, czyli myśli po grecku używając polskich słów, co doprowadza do wielu zabawnych sformułowań.
  • Partner: Mój osobisty. Polak. Lubi grecki (w przeciwieństwie do angielskiego, który mu się nie podoba). Sporo rozumie, coś tam pamięta. Mówi niewiele i tylko wtedy kiedy musi.
  • Ja: Mówię dużo (za dużo) i nieskładnie. Mieszam czasy, formy i w ogóle wyprawiam z tym greckim co mi się żywnie podoba.
Grek i ja mówimy głownie po grecku (Grek) / "greckiemu" (ja). W przypadku problemów z komunikacją, posiłkujemy się polskim, dalej angielskim, a jeśli i to nie pomaga, w ruch idą translatory, słowniki, internet. W rzadkich przypadkach dajemy sobie spokój z tematem.
Grek i partner - główny język komunikacji to polski z domieszką greckiego i angielskiego oraz  wykorzystaniem mojej skromnej osoby, o ile jestem pod ręką/telefonem, czyli: "powiedz mu/ πες του"...
Partner i ja - wiadomo, po polsku, chociaż gdy mamy w towarzystwie Greka, występuje swoiste pandemonium, bo konfiguracje językowe zaczynają się mieszać i  każdy mówi jak mu wygodnie, dodając tłumaczenie na dowolny język w razie potrzeby.
I to wszystko rano, wieczór, we dnie w nocy. Nijak to się ma do systematycznych, planowanych, ukierunkowanych na naukę konwersacji. To jest życie. Od sprzątania łazienki, poprzez codzienne czynności, planowanie zakupów, załatwianie spraw administracyjnych, rozmowy o przyszłości.  Na zewnątrz do tego dochodzi jeszcze tłumaczenie z/ na angielski.
Czuję się jak na jakiejś cholernej karuzeli i czasami nie wiem jak się nazywam. No ale przecież sama tego właśnie chciałam!
Wprowadzenie Was w temat zajęło mi więcej niż się spodziewałam. Dlatego o tym, co z tego wszystkiego (dla mnie i mojej nauki) wynika, o moich wnioskach i przemyśleniach, napiszę Wam następnym razem.

Παρασκευή 29 Δεκεμβρίου 2017

To Ημερολόγιο 2018 / Kalendarz 2018

Jak ten czas leci! Ostatnio mój kalendarz pokazywałam Wam cztery lata temu! Przez ten czas ciągle szukałam ideału, który zaspokajałby wszelkie moje potrzeby.
Jestem nieuleczalną fanką wszelkiego rodzaju akcesoriów biurowych i piśmienniczych. W sklepie papierniczym mogłabym zamieszkać i byłabym w pełni szczęśliwa. Moje zapasy jednak zaczęły mnie męczyć i przerastać i od dłuższego już czasu dążę do swego rodzaju miminalizmu w tym zakresie. Pisałam Wam już, jak to przestałam tworzyć osobne zeszyty do każdego języka, aby zmniejszyć ich liczbę. 
Podobnie zmniejszyłam liczbę posiadanych notesów do spraw wszelakich. To właśnie kalendarz stał się dla mnie miejscem, które mieści wszystkie moje sprawy. Próbowałam wielu rozwiązań, jednak okazuje się, że najlepiej sprawdza się typ organizera, w którym, zależnie od potrzeb, mogę dokładać lub usuwać dodatkowe kartki. System przekładek z kolei pozwala mi oddzielać od siebie poszczególne kategorie.


Powyżej pisałam, że jestem nieuleczalna:-). Z jednej strony staram się minimalizować stan "zapapierkowania", z drugiej... Ech:

Rodzina kategorycznie zabrania kolejnych zakupów:-)
 Lata praktyki pozwoliły mi również na odnalezienie idealnego układu kalendarzowego (czyli ile miejsca potrzebuję na codzienne notatki). Problem pojawił się, kiedy doszłam do wniosku, że to, co oferują sklepy jeśli chodzi o wkłady kalendarzowe wcale mi się nie podoba. No cóż, jak się nie ma co się lubi, to się tworzy swoją własną wersję:-)
Łatwo nie było. Niestandardowy rozmiar stron mojego kalendarza powoduje, że stworzenie własnej wersji było delikatnie rzecz ujmując skomplikowane. Już w pliku wyglądało dobrze, ale za nic nie chciało się wydrukować tak jak ja tego chcę. A kiedy już się nauczyłam, co trzeba zrobić, by namówić drukarkę do współpracy, sprzęt zakończył swój żywot. Nowa drukarka inaczej rozumiała polecenia i cała zabawa zaczęła się od początku. Ale po wielu bojach udało się!
Uwielbiam papier w kratkę. Jeśli nie wierzycie, zerknijcie na tło bloga, mój telefon wygląda podobnie:-)
 

Jasne więc było, że kalendarz też będzie w kratkę:) Nie jest być może najpiękniejszy, ale jest MÓJ! No i najważniejsze, jest PO GRECKU!

Przez ostatnie lata nie udało mi się prowadzić kalendarza językowego w sposób, jaki sobie wymyśliłam. Faktem jednak jest, że w moich notatkach w sposób absolutnie niekontrolowany i chaotyczny pojawiają się wszystkie trzy języki:-) W tym roku postaram się jednak, by angielskiego i greckiego było tu jak najwięcej:)


Jak to jest z Wami? Czy dla Was kalendarz jest równie ważny? Bierzecie pierwszy z brzegu, czy też wybieracie go baaaardzo długo? A może jest Wam zupełnie zbędny?

Σάββατο 28 Οκτωβρίου 2017

Zwolnić. Zatrzymać się. Znów zacząć od nowa.

Moje metody nauki greckiego ciągle się zmieniają. I to jest normalne, w końcu wraz z upływem czasu zmieniam się i ja oraz okoliczności wokół mnie, a - co za tym idzie - również możliwości. Zarówno ilość czasu, jaki mogę poświęcać na naukę, jak i źródła z których mogę korzystać (korzystanie ze słownika greckiego kiedyś było zupełnie  poza moim zasięgiem, a teraz zdarza się, że grecka definicja danego słowa wytłumaczona tylko po grecku jest całkiem wystarczająca).
Szukając najlepszej dla siebie metody nauczyłam się czegoś o sobie: Nie dla mnie plany, rozpiski, harmonogramy. Chociaż cudnie wygląda to u innych (Och, uwielbiam zaglądać ludziom w kalendarze i plannery!), u mnie to po prostu nie działa. Szybko okazuje się, że czas poświęcony na rozpisanie planu był zmarnowany, a ja tylko się frustruję, próbując "dogonić" stworzoną przez siebie rozpiskę.
Zauważam też pewną prawidłowość, cykliczność w swoich działaniach. Co jakiś czas "zaczynam od nowa", postanawiam zająć się tylko jedną sprawą, np, podręcznikiem, doprowadzić coś do końca. Szybko jednak zaczynam odczuwać jakiś niedosyt, nudę i sięgam po inne materiały, np. coś do słuchania, potem książkę... W końcu okazuje się, że tonę w chaosie informacji, notatek, z którymi coś trzeba zrobić, a mój mózg staje się przeładowany i nie chce już więcej przyswajać. Wtedy rzucam wszystko i robię sobie przerwę do momentu, kiedy nie poczuję znowu nieodpartej chęci do nauki i... zaczynam od nowa. 
Właśnie znajduję się w takim punkcie. Czuję się przytłoczona nadmiarem informacji. Przerasta mnie ilość przeczytanych książek, przesłuchanych podcastów z których  notatki wymagają opracowania, stworzenia z nich postów na bloga, przepisania  tego do zeszytu... I znów muszę się zatrzymać, zwolnić, przestać łapać sto srok za ogon. Nie biorę się za nic nowego, dopóki nie dokończę przynajmniej części pozaczynanych materiałów. Znam siebie i wiem, że długo z takim ograniczeniem nie wytrzymam, ale może uda się chociaż troszkę zmniejszyć tę stertę notatek i plików, które czekają aż się nimi zajmę? 
Moje (mam nadzieję) postępy będę relacjonować na blogu. A jak jest u Was. Jesteście metodyczni i systematyczni, czy też, jak u mnie, króluje u Was chaos?

Παρασκευή 26 Μαΐου 2017

Μαθαίνω / Uczę się

Poddałam edycji wszystkie posty na blogu, aby były widoczne na zmienionym szablonie. Przy okazji poprawiłam zauważone błędy, literówki, uporządkowałam etykiety itd. Reszta należy do Was. Jeśli coś jest nie tak, zauważycie jakiś błąd - dajcie znać, poprawię.
Następnie wszystkie "greckie" informacje z bloga przepisałam do zeszytu. To mi uświadomiło, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem - chociaż teoretycznie powinnam, skoro o nich pisałam.
W międzyczasie dużo słucham (w trzech językach, na zmianę), trochę czytam (również w trzech), więc materiał na kolejne posty powoli "się tworzy" a i do głowy jakaś nowa wiedza wpada.
Prawie nie piszę i mówię niewiele. Wprawdzie znów mam w pracy kolegę  - Greka, ale widujemy się jakieś pięć minut w ciągu dnia i to mijając się w korytarzu, więc ciężko o pogawędkę. Za to καλημέρα, τι κάνεις;  mam opanowane do perfekcji;-)
Moja główna działalność w tej chwili to powtórki. Tak się składa, że trafiło na zeszyt do angielskiego (ale na grecki też przyjdzie czas). Sprawdzam co umiem i okazuje się, że niewiele. Robię błędy w zapisie podstawowych - jak by się mogło wydawać - słów, nagminnie pomijam przedimki. To żmudna, mrówcza praca, ale dochodzę dzięki niej do ciekawych wniosków. Mam wrażenie, że właśnie to nudne "dziobanie" przyniesie najlepszy efekt. Czasem otwieram usta ze zdziwienia, że w tak prostym zdaniu robię błąd. Ale zwrócenie (w końcu) na to uwagi pozwoli mi (mam nadzieję) unikać tych błędów w przyszłości.
I wychodzi na to, że najlepsze są stare, sprawdzone metody. A przynajmniej ja pozostanę im wierna. Wierzę w otaczanie się językiem. Wierzę w sięganie po wiedzę z różnych źródeł. Sama to robię. Tu podcast, tam książka. Zresztą w praktyce wychodzi tak, że to słuchaniu mogę poświęcić najwięcej czasu. Ale żyjemy w czasach kiedy otacza nas nadmiar bodźców. I trzeba pomóc temu biednemu mózgowi jakoś to wszystko usystematyzować, poukładać. Kiedy siedzę nad tym zeszytem, mogę się zatrzymać. Przyjrzeć słowu, zdaniu, czy konstrukcji. Wyłapać to, co umyka w codziennych rozmowach, w natłoku słów. Zwolnić trochę, zatrzymać ten szalony pęd. 

Roboty mam na lata, bo przecież każda książka, czy audycja to kolejne notatki, więc moje zeszyty mnożą się jak króliki:) No, ale jeśli te lata mogę spędzić na czymś co lubię i co doprowadza mnie do celu, to jestem na tak! Wiadomo, że chciałoby się ten cel osiągnąć już, zaraz, natychmiast, ale przecież tak naprawdę nigdzie mi się nie spieszy:)





Τετάρτη 11 Νοεμβρίου 2015

Post "na brudno" (do usunięcia)

Czy ktoś tu jeszcze zagląda? Kusi mnie powrót, ale w związku ze zmianą szablonu czeka mnie dużo pracy, przydałoby się poedytować html w prawie wszystkich postach. Mam dla kogo to robić?

Κυριακή 23 Μαρτίου 2014

Time to say goodbye

Długo biłam się z myślami i nie byłam w stanie podjąć ostatecznej decyzji. Jednak ta chwila w końcu nadeszła.
Już od dłuższego czasu pisanie tego bloga zamiast sprawiać mi przyjemność jawiło się jako przykry obowiązek. Niby pomysłów i tematów nie brakuje, jednak jakoś nie mogłam zabrać się za tworzenie kolejnego posta, myśli nie chciały układać się w zdania. W konsekwencji pisałam zawsze "na ostatnią chwilę"i klikałam przycisk "publikuj" czując jakiś niedosyt, niespełnienie, niezadowolenie z siebie. Myślę, że po prostu się wypaliłam.

"Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść".  Mam wrażenie, że dla mnie ten moment nadszedł właśnie teraz. Zostawiam więc to miejsce tak jak jest. Niczego nie usuwam, bo może trafi tu ktoś i znajdzie dla siebie coś ciekawego. Nie jest wykluczone, że wrócę kiedyś. Może dłuższa przerwa spowoduje, że znów zatęsknię do pisania. Moja przygoda z językiem greckim się nie kończy . Rezygnując z bloga daję sobie więcej czasu na naukę.

Na tę chwilę jednak chciałabym się z Wami pożegnać i podziękować Wam za wspólnie spędzone lata oraz życzyć Wam nieustannego zachwytu językiem greckim i wiecznego głodu poznawania tego wspaniałego języka.
Wszystkiego dobrego!

Κυριακή 9 Μαρτίου 2014

Τετράδιο για τις γλώσσες / Zeszyt do języków

Skończyło mi się wolne miejsce w moim zeszycie do greckiego. Trzeba było założyć nowy i w nim zapisywać zarówno nowe słówka, jak i te, które sprawiały problem w procesie powtarzania.
Żaden problem, tyle że kilka dni później to samo stało się z zeszytem do angielskiego. To daje nam już cztery zeszyty, po dwa stare i dwa nowe. A przecież jeszcze zaczęłam zabawę* z rosyjskim. Przydałby się więc jeszcze zeszyt do rosyjskiego, więc mamy już pięć. Oj, za dużo tego!
Już dawno zauważyłam, że im więcej przygotowań muszę poczynić zanim zasiądę do nauki, tym większe prawdopodobieństwo, że sobie odpuszczę, bo nie będzie mi się chciało wyciągać notatników, przyborów do pisania, słowników itp.

Dlatego wyciągnęłam stary, niezapisany kalendarz (dużo miejsca do pisania) i zrobiłam z niego "zeszyt do języków". Nie, nie dzielę go na trzy części, bo przecież trudno przewidzieć ile miejsca będę potrzebowała. Zapisuję po kolei, "jak leci". Obowiązuje tylko zasada, aby na każdej kartce znajdował się tylko jeden język, bym potem nie pogmatwała się podczas powtórek. Tym sposobem aktualnie mam trzy zeszyty językowe zamiast pięciu. Czas pokaże jak mi się to sprawdzi w praktyce.



A jak to wygląda u Was? Oddzielacie od siebie języki, czy może trzymacie wszystko razem?

* zabawę - ponieważ nie traktuję tego rosyjskiego zbyt poważnie. Priorytetami pozostają grecki i angielski. Rosyjski to fanaberia i odskocznia tylko.

Κυριακή 16 Φεβρουαρίου 2014

Επαναλαμβάνω / Powtarzam

Jakiś czas temu pokazywałam Wam mój zeszyt do greckiego. Miejsce, w którym zapisuję wszystko, z czym spotykam się podczas nauki: słówka, frazy, całe zdania. To bardzo przydatne narzędzie, które pozwala gromadzić całą "wiedzę" w jednym miejscu. Często zdarza się tak, że łatwiej mi sprawdzić coś w moim zeszycie niż ponownie przekopywać się przez słowniki.

Niestety nie funkcjonuje to w ten sposób, że co w zeszycie to i w głowie. Aby wiedzę z papieru przenieść na stałe do głowy potrzebne są powtórki. Dlatego jak najczęściej staram się przeglądać mój zeszyt i sprawdzać co zapamiętałam. Pomaga mi w tym sposób, w jaki prowadzę swoje zapiski: jedna strona język grecki, druga - tłumaczenie.
Otwieram zeszyt, zasłaniam połowę tekstu, czytam słówko/zdanie i próbuję podać tłumaczenie. Jeśli jest poprawne, to jedziemy dalej. Jeśli nie pamiętam lub się pomylę, zakreślamy delikwenta na żółto i przechodzimy do następnego pytania. Po dojściu do końca strony, wszystkie zaznaczone na żółto fragmenty przepisuję na koniec zeszytu - w swoim czasie "odpytam się" z nich ponownie.
Ilość stron jakie "przerabiam" za jednym posiedzeniem, zależy od tego ile mam czasu, w jakim jestem stanie psychofizycznym itd. Ważne tylko by nie zostawiać strony w połowie, bo się pogubię.

To chyba najprostszy z możliwych sposobów zorganizowania sobie powtórek. Wiem, że można szybciej, częściej, np. za pomocą specjalnych programów do nauki słówek typu ANKI. Mało tego, dzięki synchronizacji ze smartfonem, można trzaskać powtórki gdziekolwiek, np. w autobusie wiozącym nas do pracy. Ja jednak uparcie staram się uczyć jak najbardziej analogowo. Wierzę, że konieczność wielokrotnego przepisywania ręcznie szczególnie upartych zwrotów, których nie umiem zapamiętać, w końcu spowoduje, że wryją mi się one w mózg.

A w jaki sposób Wy robicie swoje powtórki?

Κυριακή 26 Ιανουαρίου 2014

Γράφω / Piszę

Moim prywatnym narzędziem do ćwiczenia umiejętności pisania po grecku uczyniłam swój kalendarz. Specjalnie wybrałam taki, który ma dużo miejsca na notaτki i codziennie staram się zamieścić kilka zdań na temat bieżącego dnia. Co się przydarzyło, co mi przyszło do głowy - ot, swego rodzaju pamiętnik.
Dążę również do tego, by eliminować z kalendarza język polski. Ważne daty, terminy, rzeczy do zrobienia, pomysły na życie, wszystko ma być zapisane po grecku. To w teorii, bo zwykle notuję na szybko i jeśli nie wiem jak coś zapisać po grecku, to po prostu robię to po polsku. Niby obiecuję sobie, że dowiem się jak powinna wyglądać grecka wersja językowa danego zapisu, ale... zawsze jakoś "brakuje czasu"...

Ta pisanina bezlitośnie obnaża moje braki. Ubogie słownictwo, które nie pozwala wyrazić dokładnie tego co czuję i chcę przekazać, luki w wiedzy gramatycznej, o ortografii już nie wspomnę.

Rok dopiero się rozpoczął, kalendarz jeszcze świeci pustkami. Z każdym dniem jednak notatek przybywa. Myślę, że z upływem czasu będę miała czarno na białym moje postępy (lub ich brak). Mój cel na najbliższe tygodnie: Hasła, które najczęściej przewijają się przez mój kalendarz po polsku zastąpić greckimi odpowiednikami. 
Za jakiś czas wrócę do tego tematu i dam znać jak się moja metoda sprawdza:)

Celowo nie poruszam w tym poście tematu możliwości szlifowania umiejętności pisania w obcym języku na różnych platformach internetowych. Zdaję sobie sprawę, że korzystanie z takich platform może być bardziej efektywne, chociażby ze względu na możliwość otrzymania informacji zwrotnej o naszych błędach, jednak na ten temat można poczytać niemal na każdym blogu językowym, więc ja się powtarzać nie będę. Ja staram się z różnych względów uczyć jak najbardziej offline, ze wszystkimi tego konsekwencjami:)

A Wy? Jak ćwiczycie swoje pisanie? Zapraszam do rozmowy w komentarzach.

Κυριακή 3 Νοεμβρίου 2013

Ακούω / Słucham

Słuchanie jest kolejną częścią składową mojej nauki obok przerabiania kursów/podręczników, czytania, mówienia i pisania. 
Ogólnie o samym słuchaniu pisałam tutaj. Ten post powstał trzy lata temu, kiedy z zapałem każdego neofity rzucałam się na każdą "cudowną metodę", z którą przyszło mi się spotkać. Czas, który upłynął pozwolił mi ochłonąć, uspokoić się, wyciągnąć z tych wszystkich internetowych rewelacji to, co najlepsze konkretnie dla mnie, uporządkować trochę ten nadmiar bodźców. Dzisiejszy (długi - uprzedzam - post), będzie taką nieco krytyczną retrospekcją. Podzielę się z Wami też tym, jak kwestie słuchania wyglądają u mnie na dzień dzisiejszy.

PIOSENKI 
Z premedytacją zarzuciłam naukę przez tłumaczenie tekstów.  Nie, żeby w tej metodzie było coś złego, po prostu musiałam "ukatrupić parę srok", których ogony starałam się przez długi czas trzymać. Poza tym, bywało, że rozważania na temat "co poeta miał na myśli" zajmowały zbyt dużo czasu, w którym mogłam zrobić więcej bardziej przydatnych rzeczy.
Na dzień dzisiejszy po prostu słucham muzyki dla przyjemności, wtedy kiedy potrzebuję dobrej energii a nie bardzo mam warunki by wsłuchiwać się uważnie i skupiać się na słowach. Czasem sobie podśpiewuję, czasem zerknę w tekst, jeśli coś mnie zainteresuje, ale generalnie nie uczę się z piosenek, choć zawsze do tej głowiny coś wpadnie.
Za to często się zdarza, że włączam jakiś dawno zapomniany kawałek, w którym rozumiałam tylko tytuł i fragment refrenu (bo w refrenie tytuł się powtarza). I nagle uświadamiam sobie, że rozumiem sporą część z tego co wokalista przekazuje! To efekt pracy na innych polach, ale - po pierwsze - satysfakcja bezcenna:-), a po drugie - świetne utrwalenie materiału!

RADIO / TELEWIZJA W TLE CODZIENNYCH CZYNNOŚCI
Uważam, że to genialny wynalazek. Słuchanie całkowicie bierne, nie wymagające naszego czasu ani zaangażowania. Wspomaga osłuchanie się z językiem, powtarzanie znanych już zwrotów, z czasem pozwala z kontekstu wyłapać nowe wyrażenia.
O swoich spostrzeżeniach wynikających z praktykowania tej metody pisałam tutaj. Obecnie niestety nie mam możliwości takiego słuchania "w tle" a szkoda.

AUDIOBOOKI.
Przepadłam i zakochałam się na amen od pierwszej przesłuchanej w ten sposób książki. Przy okazji wpadłam w samozachwyt, bowiem audiobook był po angielsku i był to pierwszy od wielu lat świadomy kontakt z językiem, a ja zrozumiałam w zasadzie cała treść książki, cały przebieg wydarzeń. Oczywiście masa szczegółów mi umknęła, ale i tak byłam z siebie dumna. Jak do tej pory tylko jedna pozycja sprawiła mi problem. Nie wiem, czy to za sprawą lektora o dziwnej wymowie, czy też po prostu książka była nudna i ciężko było mi się na niej skupić. Cóż, może kiedyś podejdę do niej w innym wydaniu (pisanym) lub języku i wtedy zweryfikuję.
Przy okazji zaczęłam też słuchać książek po polsku  - świetna sprawa przy obieraniu tony ziemniaków, czy prasowaniu. Robota "się robi", a ty "zaliczasz" kolejne tomy:-)
Ubolewam tylko nad faktem, że znalezienie greckiego audiobooka graniczy z cudem. Udało mi się tylko dostać króciutką, kilkominutową "Η Χιονάτη και οι επτά νάνοι" oraz garść bajek na płycie "Παραμύθια δίχως τέλος", choć tych ostatnich nie słuchało mi się zbyt dobrze.

SŁUCHANKI / PLIKI DŹWIĘKOWE PRZERABIANYCH KURSÓW
Swego czasu używałam do "słuchania w tle". Po prostu zapuściłam z komputera cały zgromadzony folder audio i tak sobie leciało całymi dniami na ile moja obecność (i nieobecność pozostałych domowników) pozwalały. Próbowałam też słuchać maniakalnie słuchanek do Hau.gr, tak aby nauczyć się ich niemal na pamięć". Nie polecam. Szczególnie tej drugiej opcji. Zabija cała radość nauki. Już lepiej posłuchać, powoli, aktywnie, intensywnie podczas przerabiania danej lekcji, nawet powtarzając za lektorem, Potem puścić jeszcze ze dwa trzy razy dla utrwalenia i dość.
Z drugiej strony, przy braku laku, czyli greckich audiobooków, chyba będę się musiała z tymi kursami przeprosić...

SERIALE
O uderzającej różnicy między słuchaniem angielskiego audiobooka a rozumieniem dialogów w serialu pisałam tu. I rozdźwięk ten wciąż jest duży, mimo, że trening (już czwarty sezon SKINSów kończę) na pewno działa.
Greckie seriale ciągle są dla mnie łatwiejsze w rozumieniu niż angielskie. Dwa z obejrzanych przeze mnie opisywałam tu i tu.

FILMY
W zasadzie mamy tu tę samą sytuację co z serialami, tylko czasu trzeba poświęcić więcej. Kiedyś pełna zapału pisałam o tym, co, jak i po co można oglądać. Później zmieniłam zdanie na temat niektórych kwestii. Do dziś nie oglądam filmów "aby się uczyć". Jedyne z czym mam doświadczenie, to filmy, które nie są jeszcze dostępne w polskiej wersji językowej. Wtedy wspomagamy się napisami polskimi. Na pewno coś to daje, lektor nie zagłusza dialogu i często możemy potwierdzić, bądź zweryfikować coś co nam się wydawało z rzeczywistością. Na niekorzyść lektora przemawia też fakt, że wersja z lektorem jest często ugrzeczniona. Ile razy słyszymy niewinne "cholera", gdy w oryginale mamy soczysty "fuck"?. Moim zdaniem, jeśli chcesz się uczyć podczas oglądania filmu, to albo w ogóle nie włączaj napisów, albo napisy oryginalnej wersji językowej - dzięki czemu można przeczytać coś, czego się nie usłyszało. Ale ja sobie tylko teoretyzuję, bo ja filmy oglądam wyłącznie dla rozrywki i nie łączę ich z nauką.

Κυριακή 12 Μαΐου 2013

Przemyślenia

Trudny okres za mną. W poprzednim poście pisałam, że do końca marca uporam się z porządkowaniem greckich notatek, tymczasem nie wiadomo, czy uda mi się to osiągnąć do końca maja. Cierpiałam na rzeczywisty brak czasu, bo sporo pracowałam, oraz ten pozorny - kiedy to wypadłam z rytmu i nie byłam w stanie za nic konstruktywnego się zabrać tylko rozmyślałam o tym ile to ja mam do zrobienia. Obiektywnie rzecz biorąc - bez sensu, bo zamiast wymyślać sposoby nauki lepiej jest po prostu się uczyć, ale czasem bardzo ciężko zastosować oczywiste prawdy w praktyce.
Nadszedł jednak czas (kolejnego już) powrotu. Jest mobilizacja, chęci... Oby ten stan utrzymał się jak najdłużej:)

Podczas tego przestoju doszłam do kilku wniosków:
  • Zrezygnowałam z pisania drugiego bloga. Pomysł nie był zły, ale zwyczajnie jego realizacja zabierała mi zbyt dużo czasu. Na razie alternatywy nie wymyśliłam i jedyne co robię w zakresie pisania, to staram się eliminować język polski z zapisków w moim prywatnym kalendarzu. Ale to jeszcze za mało.
  • Nie chce mi się robić powtórek, o których pisałam ostatnio. Odrzucają mnie od nauki do tego stopnia, że na myśl, że mam coś do powtórzenia odwlekam to tak, że w konsekwencji nic nie robię - nie mam na to rozwiązania. Uważam, że powtarzanie jest istotne i chyba nie pozostaje mi nic innego jak odwalać tę pańszczyznę. 
  • Jeśli chodzi o angielski, wychodzi na to, ze przeliczyłam się licząc na to, że życie w Anglii + jakaś tam nauka własna wystarczą i za jakiś czas język "sam mi wejdzie". Owszem, na pewno pobyt tu coś daje, gdybym tyle samo robiła w Polsce moje umiejętności byłyby mniejsze, jednak to co mam mi nie wystarcza. O ile greckiego mogę się uczyć do siedemdziesiątki i nie przejmować się wolnym przyrostem wiedzy, o tyle angielski jest mi niezbędny, jeśli chcę znaleźć lepszą pracę i w ogóle lepiej żyć. Dlatego  zdecydowałam się zapisać na kurs dla osób, dla których angielski jest drugim językiem. Nie mam pojęcia jak go pogodzę z moją zwariowaną pracą, ale będę się martwić, jak się już zacznie:)
  • Ciągle denerwuje mnie nadmiar rzeczy, przedmiotów jakie są mi potrzebne do nauki. Zeszyt taki, zeszyt śmaki... Dlatego postanowiłam, że w swoim czasie powstanie jeden zeszyt "do języków", gdzie będę zapisywać wszystkie informacje, słówka itd, nie bacząc czy to angielski czy grecki. W praktyce zobaczymy jak mi się to sprawdzi
  • Muszę pomyśleć o zmianach na blogu. Blog przestał być blogiem greckim i ogólny jego wygląd przestaje mi odpowiadać. Pomysłów brak, na razie wiem tylko, że "nie podoba mi się"
  • Napisałam kiedyś, że dni, kiedy pracuję są "wyrwane z kalendarza", że nie mam siły robić wtedy nic. Wyzwanie na najbliższe tygodnie - trzeba to zmienić. W dni, kiedy pracuję, należy wykonać przynajmniej jeden punkt, z listy zadań. Nie ważne czy dotyczyć będzie języków, ćwiczeń, czy porządków domowych. Muszę zrobić "coś". Wyzwanie spowodowane jest tym, że po kilku dniach pracy, w dzień wolny wpadam w zastój, bo nie wiem za co się wziąć, tyle mam zaległości. Dlatego należy dążyć, by te zaległości były jak najmniejsze.
  • Teraz pół-żartem. Odkryłam ostatnio ogrom nowych materiałów do nauki greckiego. Wprawdzie nałożyłam sobie szlaban na gromadzenie tychże, ale muszę powiedzieć, że motywacja i chęci do nauki wzrosły, bo ja chcę się z tym wszystkim zapoznać;-) A żeby to zrobić, muszę się uporać z tym co mam;-)
  • I kolejna, ostatnia, nie do końca poważna myśl. W związku z tym, że tego czasu mam tak mało, a planów i pomysłów do zrealizowania tak wiele, ostatnio kołacze mi się po głowie myśl, żeby od nowego roku dołączyć jeszcze jeden język:-) Wprawdzie od zawsze byłam przekonana, że następny w kolejce jest włoski, ale biorąc pod uwagę, gdzie mieszkam i jakie języki krążą wokół mnie, skłaniam się raczej ku rosyjskiemu. Po prostu łatwiej mi będzie weryfikować i wykorzystywać nabytą wiedzę (jest tu wielu rosyjskojęzycznych ludzi). Czy w ogóle do nauki trzeciego języka dojdzie i który ostatecznie wybiorę, dowiecie się w swoim czasie:-) 

A teraz zmykam już do moich znienawidzonych powtórek:)

Δευτέρα 18 Μαρτίου 2013

Powtórki

Moje porządki w greckich notatkach powoli dobiegają końca. Bardzo mnie cieszy fakt, że już "za chwilę" całą wiedzę będę miała zgromadzoną w jednym zeszycie i będę mogła zająć się nauką właściwą, czyli solidnym przerobieniem podręcznika.
Obawiam się tylko, że w mojej głowie hula sobie leniwie jakiś znikomy procent tego, co w zeszycie. A przecież zapisywałam tam TYLKO to, co z czym zetknęłam się już w ciągu tych paru lat nauki. 
Dlatego od marca do planu nauki dochodzi jeszcze jeden punkt: Powtórki. Przyznam się, że nie znoszę tego robić. Nudzi mnie to i zawsze wolałam np. przetłumaczyć kolejną piosenkę, czy zrobić nowy post na bloga, a kwestie powtórek zawsze dyskretnie zamiatałam lewą nóżką pod dywan. Efekt jest taki, że po tylu latach nauki ciągle jestem w lesie. Można próbować się oszukiwać, szukać na siłę cudownych metod, ale prawda jest taka, że pewnych rzeczy po prostu nie da się przeskoczyć i żmudną pańszczyznę niestety też trzeba odrobić.
Zatem - do dzieła!

Τρίτη 19 Φεβρουαρίου 2013

Po co w ogóle planować naukę?

Na pytanie w tytule posta chyba jest tyle odpowiedzi ile osób jej udzielających. Ja mogę przedstawić tylko swój punkt widzenia.
Zacznę przewrotnie: Do czego nie służy plan nauki?

  • Do wściekłego pędu, byle tylko "odhaczyć" kolejny punkt
  • Do załamywania się: "O rany, już północ, zaraz muszę wstać, a przecież miałam jeszcze przetłumaczyć piosenkę, bo tak stoi w planie.
  • Do rzucenia nauki w kąt bo "nie potrafię trzymać się planu, więc nic z tego nie będzie".
A teraz do rzeczy, czyli po co MI plan nauki?
Ano zarówno plan nauki, jak i plany na wszystko inne służą mi do tego, by po prostu nie zwariować. By nie budzić się co kilka tygodni z myślą: "A przecież miałam zrobić/osiągnąć...." By nie utonąć w moim codziennym chaosie.

Jak to wygląda?
Uczę się dwóch języków (i mam apetyt na kolejne). Z każdego języka powinnam poznawać słówka, gramatykę, słuchać, mówić, czytać i pisać. Do tego praca, dom i inne mniej lub bardziej ważne zajęcia i sprawy, które chciałabym jak najlepiej ogarniać.
W dni kiedy pracuję nie ma mnie w domu po czternaście godzin. Wtedy mogę jedynie posłuchać 
audiobooka, czy poczytać książkę w telefonie, chociaż czasem jestem tak zmęczona, że po prostu mi się nie chce. Takie dni są w ogóle wykreślone z kalendarza. Co ważne, nie jestem w stanie z góry określić ile tych dni w tygodniu czy miesiącu będzie i które to będą dni. Często dowiaduję się na dzień przed, że nazajutrz mam jechać do pracy, albo odwrotnie, że mimo iż praca była w planach, jednak będę miała dzień wolny.
Pozostałe dni są umownie podzielone na dni greckie i angielskie.
Mój miesięczny plan określa:

  • Ile materiału z komputerowego kursu do angielskiego powinnam przerobić
  • Jaką część moich greckich notatek powinnam uporządkować
  • Jakiego audiobooka przesłuchać (aktualnie na tapecie jest angielski)
  • Jaką książkę przeczytać (aktualnie mam napoczętą angielską)
  • Jakiego ebooka przeczytać (aktualnie po polsku, kategoria "ebook" mieści się w sferze językowej, ponieważ będą tam trafiały książki w różnych językach, na zasadzie - co się trafi)
  • Ile postów powinno się pojawić na drugim blogu
  • Ile postów i o jakiej tematyce powinno pojawić się tutaj
  • Ile odcinków serialów (eng. i gr.) powinnam obejrzeć.
Te wszystkie wiadomości są wypisane w punktach w kalendarzu. Pełnią rolę przypominającą i motywującą. Jak pisałam wyżej, wprowadziłam umowny podział na dni greckie i angielskie. Umowny, bo tak naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, by po zrealizowaniu fragmentu angielskiego kursu obejrzeć sobie grecki serial, albo w drodze do pracy słuchać angielskiego audiobooka, a w drodze powrotnej czytać książkę po grecku. Moje zapiski mają mi tylko uświadamiać co jest do zrobienia, a także co idzie nie tak...

Po przeanalizowaniu w ten sposób zaplanowanego stycznia mogę stwierdzić:

  • kursu angielskiego zamiast jednego działu przerobiłam całą płytę.
  • notatek z greckiego uporządkowałam więcej niż było w planie
  • na drugim blogu każdego dnia stycznia pojawiła się notka (zgodnie z planem)
  • na tym blogu posty również pojawiają się regularnie
  • udało mi się dokończyć audiobooka po angielsku, przesłuchać kolejnego po polsku i zacząć nowego (znów po angielsku)
Porażką natomiast okazało się czytanie książki po angielsku (strasznie ciężko idzie i chyba się ostatnio trochę zniechęciłam. Dziś oddałam ją do biblioteki, spróbujemy poczytać ją na telefonie) oraz oglądanie greckich i angielskich seriali (nie potrafię w żaden sposób tego punktu wcisnąć w mój dzień.)

Luty - wszystko na to wskazuje, nie będzie wyglądał tak dobrze. Troszkę mi się sypie mobilizacja, ciągle dopadają mnie przeziębienia i... Niewiele robię, a czas leci. Ale dzięki temu, że mam swój plan, wiem, w którym jestem miejscu i nie będę tracić czasu na zastanawianie się "co właściwie powinnam robić", kiedy siły wrócą.

Mały trick: Plany (nie tylko językowe) na dni angielskie pisane są kolorem czerwonym, na dni greckie zielonym. Dodatkowo na górze kartki przeznaczonej na dzień grecki piszę sobie (na zielono oczywiście) nazwę dnia tygodnia po grecku. Zadania do wykonania próbuję zapisać w "języku dnia", a jeśli nie wiem, jak to zrobić, to w tym drugim. W ogóle staram się z moich zapisków eliminować język polski. Jeśli chcecie spróbować tak się pobawić, to polecam! Fajna sprawa:)

Τρίτη 12 Φεβρουαρίου 2013

(De)motywacja?

Kilka dni temu, będąc na zakupach, nagle stanęłam jak wryta, bowiem zdałam sobie sprawę, że tuż obok siebie słyszę młodą kobietę mówiącą po grecku. Oczywiście nie odmówiłam sobie przyjemności zaczepienia jej i zamieniłyśmy kilka zdań. Co ciekawe, moja rozmówczyni okazała się być Polką.
Dziewczyna mówiła po grecku bardzo ładnie i bardzo dobrze (przynajmniej w moim odczuciu), a ja chwilę po tej rozmowie zdałam sobie sprawę, że podczas konwersacji popełniłam poważny błąd gramatyczny  (użyłam złego rodzajnika do powszechnie znanego i używanego słówka). 

Ogarnęło mnie uczucie porażki, zwątpienie i zniechęcenie. Bo po tylu latach nauki takie błędy? Ja się nigdy nie nauczę! Nie to, co ona! Ale się wygłupiłam!

Dość szybko jednak się otrząsnęłam. Fakt, po tak długim czasie efekty mogłabym mieć lepsze. Ale jeśli teraz, albo kiedykolwiek się poddam, to już na pewno nigdy się nie nauczę. Kolejna sprawa - rozmawiałyśmy dość swobodnie, mimo że (z mojej strony) z błędami,a to już coś. I sprawa trzecia, tak na pocieszenie: Byłam na zakupach. Myślałam o różnych sprawach po polsku, gotowa na "przełączenie się na angielski", kiedy tylko będzie trzeba się do kogoś odezwać. Greckiego nie spodziewałam się wcale, a tymczasem niemal z automatu zastosowałam właściwy język.

Tytułem wyjaśnienia: Mam taką swoją teorię na temat funkcjonowania mózgu, chociaż nie jestem pewna, czy uda mi się ubrać ją w słowa. Może spróbuję na przykładzie. Kiedy przyjechałam do Anglii i na przykład wchodziłam do banku by coś załatwić, byłam przygotowana na używanie języka angielskiego i nie stanowiło to dla mnie wielkiego problemu. Nie musiałam układać sobie w głowie tego co powiem. Po prostu wchodziłam i mówiłam (moim kalecznym angielskim). Ale kiedy idąc ulicą głowę miałam zaprzątniętą własnymi myślami (oczywiście polskimi) i znienacka ktoś mnie zagadnął po angielsku, to najzwyczajniej w świecie nie słyszałam go. Mózg reagował z opóźnieniem. Coś jakbym najpierw wraz z pytaniem rozmówcy dostała komunikat "to było po angielsku, przełącz się", więc musiałam poprosić o powtórzenie i dopiero wtedy odpowiednio zareagować
Inną sprawą był fakt, że mój umysł operował na dwóch płaszczyznach. Albo po polsku i tu bez problemu, albo w trybie "język obcy". I tu znowu bywało śmiesznie. Bo wiele fraz łatwiej przychodziło mi po grecku niż angielsku i bardzo się musiałam nawysilać, by zastosować angielską wersję, a nie działać odruchem i nie mówić po grecku, do ludzi, którzy być może nawet tego języka w życiu nie słyszeli,.
Pewnie są ludzie, którzy takich problemów nie mają, ale u mnie to funkcjonuje właśnie tak. Chociaż, muszę się pochwalić, że faza szoku chyba już mija i w systemie polsko-angielskim już mój "przełącznik" działa szybciej.

Wracając do wniosków z mojego miłego przypadkowego spotkania. Mam czas, nikt i nic mnie nie goni. Będę uczyć się dalej i osiągnę tyle ile zdołam. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie znał grecki lepiej ode mnie. Zawsze znajdzie się coś, czego jeszcze nie wiem. Nie ma więc powodu do dołowania się:)

Δευτέρα 28 Ιανουαρίου 2013

O słuchaniu raz jeszcze

Słucham sobie tego audiobooka po angielsku. To już drugi w mojej "karierze naukowej". Fajna sprawa. Poziom rozumienia - jakieś 85-90%. Zachwyciłam się sobą (ach ten mój geniusz i skromność!). Zachęcona sukcesem odpalam w komputerze brytyjski serial i... Porażka! Rozczarowanie!  Nawet nie o to chodzi, że nie rozumiem, tylko o to, że nie słyszę! Jest muzyka, są dźwięki (np. przejeżdżający samochód), ale ja nie umiem usłyszeć, co oni gadają!
Różnica między jednym a drugim rodzajem słuchania jest dosłownie porażająca.
Myślałam już o tym, żeby wspomóc sie angielskimi napisami, ale postanowiłam się nie poddawać. Zobaczymy czy trening czyni mistrza i czy uszy mi się odblokują I hope so:)

PS. Co ciekawe, seriale po grecku "wchodzą" mi łatwiej!

Δευτέρα 14 Ιανουαρίου 2013

Co z tym pisaniem?

Tiaa. W teorii było prosto: "Chcesz się nauczyć pisać, to pisz!". W praktyce wyszło... Różnie. Bo co z tego, że mimo trudności coś tam sobie gryzmolę, skoro nie mam tego jak zweryfikować?
Owszem, istnieją portale służące właśnie do tego by ćwiczyć pisownię z nativami danego języka, ale trochę się wzbraniam przed zalogowaniem się. Boję się, że znowu wpadnę w pułapkę: jedna strona, druga strona, taki portal, takie forum, mój blog, inne blogi... I tak za dużo czasu spędzam w internecie.
Dążę do tego, by jednocześnie nie korzystać ze zbyt wielu źródeł, nie zajmować się zbyt wieloma sprawami. A z drugiej strony chcąc się nauczyć języka powinnam czytać, mówić, słuchać i pisać. Że o powtarzaniu słówek już nie wspomnę. I trochę nie wiem jak to pogodzić.
A przecież życie nie kończy się na nauce języków. W tej chwili mam sporo czasu, ale niedługo pewnie wrócę do pracy i znów czternaście godzin dziennie będę spędzać poza domem...
Tymczasem, zanim wpadnę na genialny pomysł, co zrobić z tym moim pisaniem, reaktywowałam drugiego bloga. Piszę na zmianę - raz po grecku, raz po angielsku. Piszę od ręki, bez sprawdzania w słowniku czy w odmianach. Być może za jakiś czas wrócę do starych postów i będę mogła samodzielnie poprawić popełnione błędy?
Zastanawiam się też, czy nie wrzucać tych wpisów na Facebooka. W końcu tam też zaglądam... Myślę. Jak wymyślę to Wam powiem:)

Πέμπτη 3 Ιανουαρίου 2013

O materiałach do nauki inaczej, czyli gdzie notować?

Taki bzdurny post dzisiaj, ale podczas moich porządków w notatkach naszła mnie myśl, która mnie nie opuszcza za każdym razem podczas pracy, więc postanowiłam się nią z Wami podzielić. 
Jeśli zabierasz się za naukę (czegokolwiek, nie tylko języków), a Nowy Rok często wiąże się z podejmowaniem różnorakich aktywności, często jednym z pierwszych kroków są odwiedziny w sklepie papierniczym. No bo zapisywać wiadomości, wnioski gdzieś trzeba! Wybór mamy ogromny. Kratka, linie, okładek bez liku... W wyborze naszego zeszytu do obcego języka kierujemy się kryterium dowolnym. Co kto lubi! 
Ja jednak z całego serca odradzam zeszyty na spiralach/kołach. Są przecudne, wyglądają jakoś tak... profesjonalnie i od razu chce mi się uczyć jak je widzę, ale... Są strasznie niewygodne w użyciu! Owa spirala przeszkadza mi w pisaniu, ręka z długopisem nie chce się zmieścić i nie może "dojechać" do marginesu. Także spiralkom mówię stanowcze "nie". Jeśli zeszyt to tradycyjny! 
Z drugiej strony odkryłam dla siebie coś, co mi odpowiada i co mi się sprawdza. Kalendarze! Swego czasu byłam rokrocznie zasypywana kalendarzami. Grube (dzień na stronie) w formacie zbliżonym do tradycyjnego zeszytu, mnóstwo miejsca na notatki. Do używania w sposób zgodny z przeznaczeniem dla mnie za duże, bo jednak kalendarz noszę w torebce. Ale jako zeszyt "naukowy?" Dla mnie idealne! Zwykle ładnie oprawione, solidnie zszyte. Sprawdzają się również jako brudnopis do wszystkiego. Próbki tłumaczeń, brudnopis posta na bloga, lista zakupów, czy praca zaliczeniowa do szkoły, a także notatnik do zabrania na jakieś służbowe szkolenie. Nie wiem, czy jest sens kupowania takich specjalnie na potrzeby nauki, chociaż czasem można piękne kupić za grosze, szczególnie w trakcie trwania roku, kiedy grudniowo/styczniowy szał kalendarzowy już mija, a w końcu dla nas rocznik, w którym piszemy jest nieważny. Ja po prostu spojrzałam kiedyś na półkę, na której leżało z pięć sztuk czyściutkich lub w niewielkim stopniu zapisanych kalendarzy. Już "przeterminowanych" więc pozornie bezużytecznych. Zajmowały miejsce, a wyrzucić było mi żal (nie lubię wyrzucać przydatnego papieru). Także jeśli też macie dostęp do takich rzeczy, to polecam - spróbujcie!